Bardzo długo czekałem na dzisiejszy dzień i wszystko wskazuje na to, że nie byłem w tym oczekiwaniu samotny.

Gdy ogłoszono w naszym Domu Nieśmiertelnego Muzyka ankietę, w której zadano tylko jedno pytanie: „Na kogo spośród żyjących kompozytorów najbardziej czekasz w naszym DNM-ie?” to szybko okazało się, że wybrańcem zdecydowanej większości jest Estończyk Arvo Pärt.

Przeprowadzenie ankiety nie oznaczało absolutnie żadnych działań przyspieszających przybycie Pärta do naszego świata. Wskazywało jednak, że wielu spośród nas uważnie śledzi ziemskie nekrologi…

Jednym z nich na pewno jest Webern, który wielokrotnie w rozmowach podkreślał podziw dla Arvo za to, że potrafił wyrwać się z modernistycznych okowów współczesnego świata, co samemu Antonowi, będącemu pod silnym wpływem Schoenberga niestety się nie powiodło.

Kto wie, może również losy Pärta potoczyłyby się podobnie, gdyby mieszkał i tworzył w Wiedniu lub innym zachodnim mieście będącym centrum nowoczesności, a nie w oddalonej od niekomunistycznej cywilizacji Estonii.

Chcąc przynależeć do świata współczesnego, młody Pärt testował wszystkie najważniejsze style i techniki kompozytorskie XX wieku: neoklasycyzm, dodekafonię, serializm, sonoryzm, technikę kolażu i aleatoryzm i stał się jedną z najważniejszych postaci w sowieckiej muzycznej awangardzie.

Z perspektywy jego dalszego dorobku wiemy już jednak, że stosowane przez innych modernistyczne style nie pozostały trwale w jego twórczości, a skomponowane w takiej manierze utwory śmiało można traktować jedynie jako genialne eksperymenty lub sprawdzanie granic.

Pärt poszukiwał w muzyce piękna, czystości i precyzyjnej doskonałości i wyraźnie męczył się w „nieznośnym klimacie drutu kolczastego” reprezentowanym według niego przez dodekafonię.

Pierwszym wyłomem w modernistycznym murze stało się „Credo” z 1968 roku, poprzez które Pärt dał świadectwo swojej religijności, co w komunistycznym kraju oznaczało dla niego wyłącznie kłopoty, ale w warstwie muzycznej przyniosło definitywne odrzucenie dotychczas stosowanych środków wyrazu i stanowiło punkt zwrotny w jego życiu i twórczości.

Pärt popadł w niełaskę władz na kilka lat, ale paradoksalnie czas ten dał mu szansę na znalezienie nowej, własnej drogi. Lata 1968-1976 to okres intensywnych poszukiwań osobistego języka muzycznego. Jak przyznał wiele lat później: „Te lata studiów nie były świadomą przerwą, ale życiem i śmiercią bolesnymi wewnętrznymi konfliktami. Nie wiedziałem wtedy, czy będę mógł w ogóle komponować w przyszłości. Zgubiłem wewnętrzny kompas i już nie wiedziałem, co to znaczy interwał lub klucz”.

Zaawansowane studia Pärta nad chorałem gregoriańskim, twórcami szkoły Notre Dame i nad renesansową polifonią oraz dotychczasowe modernistyczne doświadczenia zaowocowały stworzeniem całkowicie oryginalnego języka muzycznego, który Pärt nazwał „tintinnabuli” od łacińskiego słowa oznaczającego mały dzwoneczek…

Tintinnabuli to cały proces twórczy oparty o filozoficzną i teologiczną tradycję wiary prawosławnej i podparty zastosowaniem matematycznych algorytmów, których nie powstydziłby się nawet Schoenberg. To cały system tworzenia wyrastający z duchowej powściągliwości i z dźwiękowej ascezy, który Pärt określił jako „ucieczkę w dobrowolne ubóstwo„, osadzony jednak w ścisłych matematycznych regułach.

Jeśli jeszcze dodać do tego słowa Pärta, który powiedział, że chce w swojej muzyce wyrazić „miłość do każdej nuty” i przekazywać dzięki niej duchową moc to okazuje się, że tintinnabuli to nie tylko styl muzyczny, ale również osobista ideologia kompozytora oparta na poszukiwaniu prawdy, piękna i czystości.

Pärt znalazł sposób na uchwycenie świata staroświeckich dźwięków w sposób zarazem minimalistyczny, ale jednocześnie mocno nowoczesny, matematycznie systematyczny. Nie stał się kompozytorem staromodnym, ale całkowicie współczesnym. Jego muzyka emanuje majestatycznością, tajemniczością i magią i jest niezwykle klimatyczna.

Przy tym wszystkim jest to muzyka całkowicie otwarta dla wykonawców. Sam Pärt powiedział o swoich pracach: „Konstrukcja jest określona, kolor nie jest”.

Pięknym dowodem takiego podejścia jest jeden z pierwszych utworów okresu tintinnabuli. „Fratres” to dzieło, które nie zostało stworzone dla konkretnego zespołu, ale można je grać na różnych instrumentach. Tym pozornie prostym utworem rządzą surowe reguły matematyczne, które określają wprawdzie przebieg poszczególnych głosów, długość melodii i fraz, zmianę rytmu, ale nie określają jednak „koloru” muzyki, ani też „koloru” ciszy …

Muzykę Pärta wielokrotnie nazywa się „dźwiękami ciszy”, „najpiękniejszą muzyką po ciszy” lub po prostu „podróżą w ciszę”. Fascynujące jest obserwowanie, ilu muzyków ruszyło z Pärtem w tę podróż.

Setki wykonań „Fratres” w przeróżnych konfiguracjach instrumentów, w tym nawet tak egzotycznych, jak przepiękny duet skrzypiec i akordeonu, dowodzą tego, że w tej „drodze w ciszę” przewodnik jest dobrze znany i można mu całkowicie zaufać…

Jestem pewien, że jeszcze niejeden raz ruszę w tę drogę…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 245. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: