Wygląda na to, że nawiązany tydzień temu kontakt Ravela z Lisztem przerodził się w trwałą znajomość, może nawet w zalążek przyjaźni. Ravel zaznajomił Liszta ze swoimi francuskimi kolegami, a Liszt wszem wobec opowiada o swoich malarskich wizjach, których doznaje podczas słuchania muzyki Maurice’a.

Wcale mnie w tej sytuacji nie zdziwiło, gdy zobaczyłem dzisiaj Liszta w towarzystwie pięciu Francuzów, którzy powszechnie znani byli ze swoich fascynacji Hiszpanią. W tej grupce obok Ravela znalazł się oczywiście George Bizet, ale obecni byli również Debussy, Lalo i Chabrier.

Trochę mnie zdziwiła jednoczesna obecność Ravela i Debussy’ego, bo ich znajomość nie zawsze była, delikatnie powiedziawszy, życzliwa. Dochodziło nawet do oskarżeń o wzajemne plagiatowanie swoich pomysłów. Widocznie jednak czas zrobił swoje i dawne anse poszły w zapomnienie.

Najbardziej hiszpański z całej piątki Francuzów bez wątpienia był Ravel. Syn Baskijki, urodzony tuż przy granicy francusko-hiszpańskiej i przesiąknięty wspomnieniami matczynego śpiewu ludowych baskijskich pieśni miał Maurice Hiszpanię atawistycznie we krwi i w pamięci.

Jak mało kto potrafił malować muzyką obrazy, a dziecięce wspomnienia nadały jego muzycznym malowidłom hiszpańskiego kolorytu dzięki mistrzowsko precyzyjnej instrumentacji barwnych scen. A jeśli jeszcze dodać do tego cudną zdolność Ravela do pełnej kontroli napięcia, któremu bezwolnie poddają się słuchacze, to otrzymujemy dzieła niezwykłe.

Nic dziwnego, że jednym z pierwszych, który po opublikowaniu „Rapsodii hiszpańskiej” pośpieszył do Maurice’a z gratulacjami był Manuel de Falla. Jego hojne uznanie muzycznych intencji Ravela za całkowicie zgodne z hiszpańskim klimatem i za zaskakująco autentyczne było nagrodą najwyższej rangi.

W swej rapsodii Ravel najpierw kołysze słuchaczy w nocnym śnie, który swą tajemniczością zanurza ich w sennej zmysłowości jak w rozkosznej kąpieli, a chwilę później zaprasza do malagueny, która powolnie rozbudza zmysły, powodując zawrót głowy niezdolnej do powstrzymania chęci poddania się rytmowi.

Gdy ustaje pierwszy taniec, nie sposób złapać oddechu, bo władzę nad zmysłami przejmuje habanera, pieszcząc bez zbędnego pośpiechu i odchodząc w tajemnicy w cień, by zwolnić miejsce na końcową feerię zmysłów doprowadzonych w ostateczności do stanu lubieżnego transu.

A gdy skończy się muzyka, ze zdziwieniem można stwierdzić, że oddech przyspieszył, a nogi wciąż wybijają rytm…

Ech Ravel, ech Ty…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 229. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: