Muszę przyznać, że od czasu, gdy zainstalowano Nekronet w naszym Domu Nieśmiertelnego Muzyka coraz częściej słychać wśród mieszkańców śmiech…

Umówiłem się z Claudem w czytelni biblioteki i już przed wejściem słyszałem dochodzący z głębi budynku głośny śmiech. Kpiący, szyderczy, może nawet złośliwy…

Po wejściu do czytelni zobaczyłem zarumienionego od śmiechu Szostakowicza, który przeglądał recenzje swoich dzieł. Przywitałem się i podszedłem do Debussy’ego.

– Powiedz mi, drogi Claudzie, dlaczego w tytule twojej opery nie znalazł się trzeci z jej głównych bohaterów — Golaud?

– Ja również pytałem o to Maeterlincka, a on odpowiedział mi dość tajemniczo, że w życiu zawsze jest jakieś drugie dno, częstokroć ukryte i niepoznane…

Na słowa o drugim dnie wyraźnie zareagował siedzący tuż obok Szostakowicz:

– Dobrze powiedziane. Pozwolicie, że dołączę się do rozmowy?

– Oczywiście, zapraszamy, tym bardziej że obaj jesteśmy zaintrygowani twoim śmiechem…

– Przeglądałem właśnie historyczne i współczesne recenzje swojej „Dziesiątej” i o mało co nie spadłem z krzesła. Wielu krytyków, zamiast po prostu słuchać muzyki i czerpać z niej czysto muzyczną radość, doszukuje się nie tylko drugiego dna, ale i trzeciego, czwartego…

– Bardzo lubię tę swoją „Dziesiątą”. Według recenzentów podobno pisałem ją o Stalinie, o jednej z uczennic, która mnie nie chciała, o zegarze wybijającym północ, co wieszczyć miało upadek komunizmu i o innych całkowicie wydumanych bzdetach. A ja przede wszystkim pisałem muzykę, która mi w duszy grała…

– Oczywiście, tak jak wszyscy podlegałem temu, co mnie otaczało. To, że panował powszechny terror i strach nie mogło nie mieć na mnie wpływu. To, że traktowano mnie podle jako wroga narodu, sprawiło, że wciąż miałem pod ręką przygotowaną walizkę w oczekiwaniu na aresztowanie. Bałem się, ale byłem też wściekły i skłonny do buntu, co słychać i czuć w mojej muzyce. To, że pisałem dziesiątki listów do Elmiry, a ona nigdy mi nie odpowiedziała także przez jakiś czas tkwiło we mnie cierniem. To wszystko jednak zawsze było tylko podłożem muzyki, a nie jej esencją…

– Ale przecież sam kiedyś powiedziałeś, że ta symfonia opisuje Stalina — odważył się Claude…

– I to jest właśnie to drugie dno. Czy wiecie, o ile wzrosła na Zachodzie sprzedaż tej symfonii po tym jednym zdaniu?

Spojrzeliśmy po sobie i wszyscy trzej wybuchnęliśmy śmiechem.

Po chwili Dymitr uspokoił się i powiedział:

– A tak tylko między nami to wam powiem, że ta Elmira Nazirova, która mnie nie chciała, zaimponowała mi nie tylko urodą i figurą. Tuż po tym, gdy moja „Dziewiąta” uczyniła ze mnie, decyzją partyjnego aparatczyka, po raz kolejny wyklętego wroga ludu, siedziałem w jakiejś sali czekając na rozpoczęcie jakiegoś koncertu i nagle tuż obok mnie, potępionego i samotnego, usiadła ona. Młoda, piękna i pachnąca…

– Nie boisz się siadać obok mnie? – spytałem, a ona spojrzała na mnie tak, że do końca koncertu mogłem myśleć tylko o finale…

– Może ona nie wiedziała kim jesteś – przez śmiech wykrztusił Claude…

– Śmiejcie się, śmiejcie, ale takie to były czasy, że jeśli usiadłeś nie tam, gdzie powinieneś, to od razu mogłeś pójść siedzieć…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 40. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: