Gdy jakieś cztery lata temu przybył do nas Pierre Boulez, to współcześni mu muzycy zgotowali mu przed bramą DNM-u uroczyste powitanie i wielominutową owację. Już na długo przed rozbrzmieniem powitalnego „Alleluja” na placu przed wejściem do naszej nekropolii zebrała się dość liczna grupka zwolenników jego sztuki.

Ciekawiło mnie to wydarzenie, bo zupełnie nic nie wiedziałem ani o samym Boulezie, a tym bardziej o jego muzyce.

Widziałem wprawdzie również i krzywiące się miny moich koleżanek i kolegów na sam dźwięk jego nazwiska, ale mnie akurat jeszcze bardziej to intrygowało. Czyżby odezwał się we mnie zew kronikarza?

Od początku pisania kroniki zdawałem sobie sprawę, że dla mnie — staruszka, dla dziadka, jak to szczerze powiedział ten Szwed u Alfvena, słuchanie części muzyki drugiej połowy XX wieku i nowszej może być nie lada wyzwaniem.

Tak samo jednak myślałem na początku o muzyce średniowiecza i renesansu, a dzisiaj proszę — zdarza mi się za nią tęsknić…

– Zawału przecież tutaj nie dostanę… — pomyślałem, a po chwili dodałem sam do siebie: …a poza tym w każdej chwili mogę nacisnąć „stop”…

Boulez okazał się sympatycznym Francuzem i wcale nie aż tak bardzo współczesnym, jak można było sądzić po pozorach. Okazało się, że oprócz komponowania swojej, z mojej dotychczasowej perspektywy, dziwacznej muzyki, Pierre był również bardzo aktywnym dyrygentem i ma wielu znajomych w DNM-ie z różnych epok…

Cztery lata trwało nim zdecydowałem się pójść na koncert muzyki Bouleza do naszej sali odsłuchu. Gdy Pierre zobaczył mnie w drzwiach wejściowych do sali, w pierwszej chwili zaniemówił ze zdziwienia, a następnie przeprosił swoich rozmówców, podszedł do mnie i lekko zaniepokojony, ale z przebłyskami szczęścia w oczach, powiedział tylko kilka słów:

– Jesteś pewien Mistrzu…?

– Zawału w DNM-ie raczej nie dostanę — odparłem z uśmiechem, wyciągając ku Pierrowi rękę na przywitanie…

– Puszczamy dzisiaj „Le marteau sans maitre” na alt, flet, altówkę, gitarę, wibrafon i instrumenty perkusyjne. To czysta awangarda, w której nie znajdziesz Mistrzu „nic tak wulgarnego, jak melodia lub miarowy rytm” (Alex Ross)

– Właśnie tego chciałbym doświadczyć…!

Sala była pełna słuchaczy. Zauważyłem nawet Mozarta w energicznej rozmowie z Arnoldem Schoenbergiem. Z drugiej strony pomieszczenia zobaczyłem Brahmsa, a dwa rzędy za nim siedzieli Thomas Tallis i Giovanni Pierluigi da Palestrina tuż obok… Xenakisa.

Zaczęło się…

W pierwszych minutach byłem jednak blisko zawału! Po jakimś czasie i oswojeniu się z tą, hmm, muzyką, zacząłem wsłuchiwać się w kolejne dźwięki, a po chwili zorientowałem się, że bezwiednie leciuteńko kołyszę się na krześle. Im dłużej słuchałem… tej muzyki, tym bardziej zaczynałem rozumieć, czemu może ona nieść za sobą tak skrajnie odmienne opinie.

Z jednej strony utwór został okrzyknięty przez krytyków, kolegów kompozytorów i innych ekspertów muzycznych jako arcydzieło powojennej awangardy, co zostało jakby usankcjonowane przez samego Strawińskiego, że jest to „nowy i cudownie elastyczny rodzaj muzyki”, a z drugiej strony trudno było usłyszeć zachwyty publiczności i sporej części muzyków.

Najlepiej obrazują to losy premiery. W 1955 praca Bouleza została wybrana do reprezentowania Francji na 29. Międzynarodowym Festiwalu Muzyki Współczesnej w Baden-Baden. Nagle okazało się, że przeciwni tej kandydaturze są francuscy członkowie jury festiwalu!

Tylko zdecydowana postawa Heinricha Strobela, ówczesnego dyrektora Baden-Baden Südwestfunk Orchestra, który zagroził wycofaniem orkiestry z festiwalu, jeśli dzieło nie zostanie zaakceptowane, sprawiła, że świat usłyszał utwór, który przez następne dziesięciolecia stał się wizytówką nie tylko Bouleza, ale i całej współczesnej awangardowej muzyki europejskiej.

Wysłuchałem w spokoju całości dzieła i choć zbyt szybko za nim nie zatęsknię, to ewidentnie przestałem bać się takiej muzyki i wyzbyłem się tkwiącej we mnie niczym nieuzasadnionej niechęci.

INSPIRACJA WPISU: