Koniec świata! Ja, dziewiętnastowieczny dziadek zachwycam się muzyką współczesną tak odległą od wszystkiego, co do tej pory o muzyce wiedziałem, jak tylko odległe mogą być od siebie dwa krańce niezmierzonego kosmosu.

Nie mogę się wręcz nadziwić swojej własnej ciekawości każdego kolejnego dźwięku „Sekwencji” Luciano Berio. Tych „Sekwencji” jest aż czternaście, a każda z nich przesuwa moje granice poznania na temat głównych instrumentów muzycznych w sposób dla mnie szokujący. Trzecia z nich otworzyła mi szerzej oczy także na możliwości ludzkiego głosu…

Berio komponował swoje „Sekwencje” cierpliwie i konsekwentnie, biorąc na tapetę kolejne instrumenty lub głos ludzki i w solowych występach pokazując ich możliwości w stopniu dalece wyższym niż można je usłyszeć w klasycznym wydaniu orkiestrowym.

Rozpoczął w 1958 roku od utworu na flet solo, następnie harfa, głos żeński, fortepian, puzon, altówka, obój, skrzypce, klarnet, trąbka, gitara, fagot, akordeon i wiolonczela — wszystkie „Sekwencje” tak znacząco poszerzyły znany mi zakres brzmień poszczególnych instrumentów, że wciąż nie mogę otrząsnąć się ze zdumienia. A najbardziej ulubioną stała się dla mnie 'Sekwencja III” na głos żeński, napisana przez Luciano specjalnie dla byłej żony Cathy Berberian.

Pierwszą od ostatniej „Sekwencji” dzielą aż 44 lata, ale stała myśl przewodnia zmierzająca do odkrycia przed słuchaczami potencjału instrumentów i ludzkiego głosu sprawia, że można ich słuchać w sposób ciągły, jak genialnego podręcznika współczesnej instrumentacji.

Wymagania, jakie Berio postawił instrumentom i wykonawcom stawiają ich na granicach możliwości, a w zasadzie przekraczają je, wyznaczając nowe…

Wspomniałem już trzecią sekwencję na głos żeński, ale zadania, jakie Berio wyznaczył altówce w szóstej, zdumiewają tym, że pomimo wiedzy o utworze solowym mamy wrażenie dynamicznej gry całej sekcji altówek. W dwunastej sekwencji na fagot trwającej około 18 minut oddech fagocisty staje się sam w sobie dodatkowym instrumentem… Niesamowite!

W dziesiątej sekwencji trębacz gra w pobliżu otwartego fortepianu, który wyłapuje dźwięki i przekształca je w rezonans, tworząc eteryczne efekty echa. Niesamowite!

A czternasta na wiolonczelę – czysta muzyczna rozkosz…

W piątej sekwencji puzonista pomiędzy dźwiękami instrumentu wypowiada jedno słowo: „why?”, a ja pomyślałem sobie wtedy: „dlaczego! dlaczego wcześniej nie słuchałem takiej muzyki?!”.

No i jeszcze ta rola przypadków, o której myślałem wczoraj…

Berio przez całą młodość marzył o karierze pianisty, ale pod koniec drugiej wojny światowej powołany został do wojska i poważnie zranił się w rękę, gdy wybuchł mu w dłoni naładowany karabin. Rana okazała się na tyle poważna, że Luciano… został kompozytorem. Chwała przypadkom…

Nie było to łatwe słuchanie, ale nad wyraz dla mnie atrakcyjne… Wirtuozeria wykonawców, ogrom chwytów technicznych i ekspresyjność samej muzyki, która w każdej sekwencji nieustannie wznosi się i opada, mnie zachwyciły…

Spodobało mi się też to, że dość szybko oswoiłem się z melodyjnością muzyki Berio i również tym mogłem się cieszyć. Przypomniała mi się opowieść Luciano zawarta w wywiadzie dla „Los Angeles Times”, w której to opowieści słynny tenor Placido Domingo poprosił Berio o skomponowanie „melodyjnej muzyki, którą on mógłby zaśpiewać” na co Luciano odpowiedział: „Placido, wszystko, co piszę, brzmi dla mnie melodycznie„…

INSPIRACJA WPISU: