Gdybym częściej i uważniej wsłuchiwał się w plotki rozsiewane po naszym Domu Nieśmiertelnego Muzyka, być może ochroniłbym się przed niejedną towarzyską wpadką.
Zależało mi, aby powiadomić Chopina o tym, że zmierza do nas znakomity chiński propagator jego muzyki Fou Ts’Ong, a ponieważ Fryderyk tradycyjnie już zamknął się w swoim pokoju, szukałem posłańca, który byłby przez Polaka mile widziany.
Pamiętałem zachwyty Schumanna, którego powiedzenia o „kapeluszach z głów” i o „armatach ukrytych wśród kwiatów” zapisały się złotą czcionką w całej historii krytyki muzycznej. Robert wydawał mi się idealny na emisariusza…
Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy po wyłuszczeniu mu swojej prośby Schumann spojrzał na mnie, jakbym to ja, a nie on, spędził lata w szpitalu psychiatrycznym.
– Wygląda na to, że nie czytasz mistrzu Nekronetu, ani nie wsłuchujesz się w DNM-owe plotki – powiedział, wpatrując się we mnie świdrującym wzrokiem.
– Już go nie lubię – dodał z błyskiem w oczach, odwrócił się i chciał odejść, ale zatrzymał się i znieruchomiał, gdy powiedziałem:
– Z powodu plotek, że był homoseksualny?
Wciąż był odwrócony do mnie plecami, więc nie mogłem zobaczyć jego twarzy, ale głos mu się wyraźnie ożywił:
– Sądzę, że to wierutna bzdura, ale nawet gdyby była to prawda, to kogo mogłoby to tutaj zbulwersować. Byłby być może w większości…
Obaj roześmialiśmy się trochę zakłopotanym śmiechem, a po chwili Robert odwrócił się ku mnie i z poważną już miną powiedział:
– Kiedyś poszedłbym zresztą za nim wszędzie, nawet i do sypialni. Kochałem go miłością bezpłciową, ale on mnie niestety nie…
– Marzyłem o jego przyjaźni i gdy wreszcie Mendelssohn poznał nas ze sobą, wydawało mi się, że jest ona możliwa. W swoim „Karnawale”, który tworzyłem najpierw z miłości do Ernestine von Fricken, a chwilę potem z tego samego uczucia do Clary Wieck, znalazłem też miejsce, aby jednej z miniaturek nadać nazwę „Chopin”.
„Karnawał” podobał się prawie wszystkim, zauroczona Clara została nawet moją żoną, ale on powiedział, że to nie jest muzyka….
– Dopiero niedawno dowiedziałem się zresztą z Nekronetu, że nie szanował zbytnio ani mnie, ani mojej muzyki. Owszem, dedykował mi jedną ze swoich ballad, ale jak się okazało była to tylko kurtuazyjna odpowiedź na moje poświęcenie mu „Kreisleriany”…
– Może jesteś jednak w błędzie? Nie każdej plotce warto wierzyć!
– Ja do niego jak do Przyjaciela, a on do mnie: Panu Schumannowi. Tak się nie pisze do osób szanowanych!
– Może go podrażniłeś? Oprócz pięknych słów napisałeś też, że nie podobają ci się jego Preludia, a o słynnym finale sonaty b-moll napisałeś, że „ma w sobie coś odpychającego”…
– Naprawdę tak napisałem? Nic dziwnego, że wylądowałem w psychiatryku…











