Ponieważ biblioteka była wczoraj zamknięta, Berlioz pozostawił mi na noc poemat Byrona, a ja zobowiązałem się do oddania go zaraz po przeczytaniu. Przyjemność z lektury sprawiła, że już nad ranem zakończyłem zapoznawanie się z losami Childe Harolda i choć nie znalazłem zbyt wielu bezpośrednich odniesień do altówkowej symfonii Hectora, to absolutnie nie żałowałem czasu przeznaczonego na czytanie.

Zrezygnowałem ze śniadania, nasycony nocnymi przekąskami przegryzionymi podczas lektury i wyszedłem dopiero w porze otwarcia biblioteki. Dyżurnym bibliotekarzem okazał się w tym tygodniu Mojsze Weinberg, którego już z daleka widziałem, jak mocuje się z zacinającym się u drzwi zamkiem.

Znałem Weinberga dosyć dobrze, choć nie zamieniłem z nim dotychczas ani jednego słowa. Często widywałem go jednak w najbliższym otoczeniu Szostakowicza, który wyraźnie traktował go jak przyjaciela i znaczącego doradcę.

Charakterystyczne było to, że siedzący obok Dymitra Mojsze prawie nigdy się nie uśmiechał i był jednakowo zrezygnowany i apatyczny wtedy, gdy opisywał swoje losy za życia, jak i wtedy, gdy milcząco towarzyszył hołdom składanym Dymitrowi przez innych mieszkańców DNM-u.

Jeszcze z oddali dało się jednak dzisiaj zauważyć w postawie Weinberga jakieś ożywienie, może nawet uśmiech, może nawet szczęśliwą radość… Coś go wyraźnie odmieniło i bardzo mnie to zaciekawiło.

– Dobry dzień dzisiaj mamy – rzekłem na powitanie

Mojsze położył oddawanego przeze mnie Byrona na pudełku płyty leżącej na blacie, jakby chciał ją przede mną ukryć, ale uśmiechu ust i oczu nie był w stanie niczym przykryć:

– Dla mnie bardzo dobry, wręcz wyśmienity. Tu bardzo rzadko ktokolwiek przychodzi. Specjalnie wziąłem biblioteczny dyżur, żeby w spokoju i na dobrym sprzęcie posłuchać nowej płyty, jaką właśnie dostałem. Słucham jej od wczoraj i muszę się przyznać, że tak bardzo się wzruszyłem, że aby ukryć swoje łzy szczęścia, zamknąłem wczoraj drzwi do biblioteki i nie otworzyłem ich pomimo tego, że ktoś mocno się dobijał.

Uśmiechnąłem się, przypominając sobie Berlioza bezskutecznie stukającego wczoraj w drzwi, po czym bez sprzeciwu Weinberga odsunąłem książkę i podniosłem leżącą na blacie płytę. Ku mojemu zdumieniu nie była to jedna z 26 symfonii, lecz utwory na altówkę solo, w tym jedna z czterech sonat Weinberga.

– Cały wczorajszy dzień słuchałem „Harolda w Italii” Berlioza. Uwielbiam altówkę, ale twoich sonat nie znam…

– Nic dziwnego mistrzu. To dopiero trzecie nagranie w historii. Po pierwszym komplecie moich sonat chciałem płakać z rozpaczy, drugi wydany z okazji setnej rocznicy moich urodzin już zaakceptowałem, ale dopiero to trzecie nagranie uszczęśliwiło mnie i dało nadzieję na lepszą przyszłość.

– Witając się ze mną, użyłeś mojego żydowskiego imienia, więc pewnie nie wiesz, że jestem Polakiem. Po wybuchu II wojny światowej uciekłem do Białorusi, a potem do Uzbekistanu i do mojego polskiego imienia i nazwiska pozwolono mi wrócić dopiero w 1982 roku.

– Wiele zawdzięczam Szostakowiczowi, który po wysłuchaniu mojej pierwszej symfonii ściągnął mnie do Moskwy i po latach znajomości staliśmy się przyjaciółmi i muzycznymi partnerami. Jego wstawiennictwu zawdzięczam też to, że jestem w Domu Nieśmiertelnego Muzyka. Mało kto znał moją muzykę i tylko Dymitr wierzył we mnie mocno.

– Takie płyty, jak ta, którą trzymasz w ręce, wreszcie uzasadniają, że mam pełne prawo być tutaj bez jakichkolwiek kompleksów. Mistrzostwo wykonania i uzyskane dzięki niemu cudowne brzmienie altówki uczyniły mnie szczęśliwym.

– Nie masz chyba pojęcia, jak wielkie znaczenie ma dla mnie też i to, że tak pięknie moją muzykę zagrał Polak. A gdy jeszcze na koniec płyty usłyszałem piękny kaprys Grażyny Bacewicz, to moja tęsknota za ojczyzną i piękno wykonania sprawiły, że musiałem się zamknąć w bibliotece sam na sam ze swoją muzyką i ze swoimi wspomnieniami.

– Nie miej złudzeń, proszę, że moja sonata to utwór dla każdego, ale jeśli kochasz altówkę, to zapamiętaj, proszę, nazwisko Krzysztofa Komendarka-Tymendorfa i pilnie obserwuj każde jego nowe nagranie. Może kiedyś nagra też „Harolda”?

Chciałem odłożyć na miejsce płytę tego nowego geniusza altówki, ale Weinberg przytrzymał moją dłoń i powiedział:

– Mogę pożyczyć. Posłuchaj jej, proszę, kilka razy, koniecznie w samotności, a jeśli zechcesz ją zatrzymać na stałe, będę niezwykle szczęśliwy. I bardzo cię proszę jeszcze o jedno – jeśli kiedyś spotkamy się ponownie, mów do mnie moim polskim imieniem. Jestem Mietek…

INSPIRACJA WPISU: