Dosyć mocno zżyłem się w DNM-ie z Jeanem Sibeliusem. I nie chodzi tylko o to, że uwielbiam jego muzykę, którą siłą rzeczy poznałem dopiero tutaj, bo Jean urodził się prawie 40 lat po mojej śmierci…

Coś nas jednak przyciągało do siebie od pierwszego spotkania. Czyżbyśmy tak łatwo potrafili wzajemnie wyczuć kogoś, kto ma za sobą, a może i przed sobą, nierozwiązane problemy z uzależnieniami. Obaj mieliśmy dwa tak silne, że mogły nas zniszczyć i próbowały to zresztą przez długie lata osiągnąć.

Pierwszy nasz wspólny nałóg to oczywiście bezgraniczne uzależnienie od muzyki – ten opętańczy nałóg dawał nam co prawda liczne chwile szczęścia i radości, ale potrafił też solidnie stłamsić i przeczołgać.

Dopiero niedawno Jean przyznał mi się, że w chwili totalnej depresji spalił znaczną część swoich rękopisów. Z powodu depresji i przekonania o nienadążaniu za zmieniającym się światem nie potrafił komponować na wysokim poziomie przez ostatnie 30 lat życia. Nie potrafił dostosować się do nowych trendów w muzyce i choć pilnie je śledził, to nie chciał i nie umiał zmieniać stylu komponowania. W swoim dzienniku zapisał: „Nie każdy może być innowacyjnym geniuszem”…

O depresji również i ja wiedziałem dużo, o wiele więcej niż wiedzieć chciałem. Od 1811 poza nielicznymi nieudanymi wyjątkami zaprzestałem dyrygowania, a od 1815 tylko udawałem, że komponuję…

I ja i Sibelius łatwo znaleźliśmy w tej swojej depresji pocieszyciela… Obaj piliśmy… dużo, bardzo dużo… „Aby przetrwać, muszę mieć alkohol…” napisał Jean w dzienniku. O mojej wątrobie lepiej już nie będę wspominał. No cóż, widocznie ciągnie swój do swego!

Lubię Jeana. Niewiele mówi, ale czasami skomentuje coś tak trafnie, że wystarcza jedno zdanie. Zdarza się, że siadamy sobie razem w bibliotece i czytamy współczesne i historyczne recenzje swoich dzieł. Kiedyś, gdy Jean przeczytał o sobie, że jest „najgorszym kompozytorem na świecie” (Liebowitz), a jego „Druga” jest „wulgarna, pobłażliwa i prowincjonalna” (Thomson) ze stoickim spokojem powiedział mi, żebym nie zwracał tak bardzo uwagi na krytyków, bo waga ich słów jest tak niewielka, że żaden z nich nie doczekał się do dzisiaj choćby maleńkiego pomnika.

Bardzo mi przypadło do gustu to powiedzonko, tym bardziej że wiedziałem o tym, ze właśnie drugą ze swoich symfonii Jean ukochał najbardziej ze wszystkich. Napisał kiedyś do swojego zięcia, że „Moja druga symfonia jest wyznaniem duszy” i doskonale wiedział, co mówi. Miał wtedy 78 lat i patrzył na swoje życie z coraz szerszej perspektywy.

– Wiesz Ludwiku, że w Finlandii, w moim rodzinnym kraju uczyniono ze mnie, wbrew mojej woli, bohatera narodowego…

– Jak to wbrew twojej woli?

– Przez całe swoje twórcze życie starałem się pisać symfonie wyłącznie dla muzyki. Dla bajek i opowiadań pozostawiłem sobie poematy symfoniczne. Tymczasem po pierwszych wykonaniach „Drugiej” mój przyjaciel Robert Kajanus, wieloletni towarzysz do kieliszka i przy okazji dyrygent premiery zaczął tworzyć mit „Symfonii Niepodległości”.

– Ubzdurał sobie, choć gwałtownie temu publicznie zaprzeczałem, że stanowi ona wezwanie Finów do uwolnienia kraju od rosyjskiego tyrana. Zbudowano nawet, bez mojego udziału, patriotyczny program symfonii, z którego wynikać miało, że pierwsza część opisuje życie Finów, druga – brutalność obcych rządów, trzecia – miażdżenie patriotycznego ducha, a czwarta – chwalebną nadzieję na oswobodzenie się od najeźdźcy.

– Mit ten zresztą funkcjonuje do dziś, bo kilkanaście lat temu, jak przeczytałem w Nekronecie, jeden z młodszych dyrygentów Osmo Vanska napisał:

Druga symfonia jest związana z walką naszego narodu o niepodległość, ale dotyczy także walki, kryzysu i przełomu w życiu jednostki” .

– Współczesny mi kompozytor fiński Sulho Ranta nie posunął się aż tak daleko, ale oświadczył coś, co nawet było i nadal jest dla mnie dość miłe:

Jest coś w tej muzyce – przynajmniej dla nas, Finów – co prowadzi nas do ekstazy; prawie jak szaman ze swoim magicznym bębnem„.

– To patriotyczne zadęcie towarzyszące mojej „Drugiej” wcale mi nie imponowało, choć myślenie o niepodległości mojego kraju rzeczywiście było mi bliskie. Co innego napawało mnie dumą!

– Nie każ mi zgadywać, mów…

– Kilka razy usłyszałem o podobieństwach do ciebie Mistrzu i uwierz mi, wcale nie chodziło wtedy o alkohol…

– Wiem, też czytałem tego krytyka z premiery „Drugiej”, który napisał, że to „Absolutne arcydzieło, jedno z niewielu dzieł symfonicznych naszych czasów, które wskazują na ten sam kierunek, co symfonie Beethovena”. 

– Wiesz Mistrzu, jak bardzo cię szanuję…

– Z wzajemnością drogi Jeanie. A tak swoją drogą, czy zauważyłeś, że pochlebczych krytyków obaj lubimy…

Wybuchnęliśmy śmiechem, a Jean zrobił w moją stronę taki gest, jakby chciał mnie przyjacielsko objąć…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 59. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: