– Kwartetami tak łatwo mnie nie pokonasz — rzucił w moją stronę wyraźnie rozbawiony Joseph.

Wieść o tym, że całą noc słuchałem jego sonat dotarła do Haydna chwilę po tym, jak pojawił się w stołówce na poranny posiłek. Podszedł do mnie roześmiany i wyraźnie zadowolony…

– To prawda, Josephie. Wszyscy wiemy, że ostatnie lata swojej twórczości przeznaczyłeś głównie na komponowanie symfonii i właśnie kwartetów smyczkowych i jesteś w tym jednym z najlepszych nie tylko w swoich czasach, ale i w całej historii muzyki.

– To miłe Ludwiku, że tak mówisz, ale przecież twoje kwartety są również piękne. Chociażby te trzy, które zamówił u ciebie Razumowski. Pamiętasz go?

– Jakżeż mógłbym zapomnieć takiego oryginała. Cały Wiedeń z wypiekami na twarzach śledził jego kolejne romanse, ale ja pamiętam go przede wszystkim jako całkiem niezłego skrzypka. Czy wiesz Josephie, że to właśnie on grał drugie skrzypce w tym znakomitym kwartecie Schuppanzigh, który wykonał „Razumowskie” po raz pierwszy?

– Nie, nie wiedziałem… Nie ma co, obaj mieliśmy dobrze u niego, zresztą Mozart też nie mógł narzekać. Dawał nam wszystkim nieźle zarobić. Wiesz, co u niego słychać?

– Popadł w obłęd… Doceniając ogromny wkład hrabiego w prace Kongresu Wiedeńskiego cesarz Aleksander I mianował go w roku 1815 księciem. Razumowski, w podzięce za otrzymany tytuł zorganizował w swoim pałacu uroczysty bal. Sprosił tylu gości, że aby ich pomieścić, nakazał poustawiać część stołów w stajni i zbudować z nią połączenie zwieńczone drewnianym sklepieniem…

– Słyszałem o tym pożarze, teraz sobie przypominam, podobno spłonęła cała tak pieczołowicie budowana przez Razumowskiego kolekcja sztuki…

– Tak, z pałacu pozostały jedynie szczątki…

– Bardzo mi go żal, choć i tak miał szczęście, że dzięki twoim kwartetom ludzie będą o nim pamiętać i to wcale nie jako o carskim pośle, który odegrał tak dużą rolę w rozbiorach Polski, ale jak o mecenasie sztuki, skrzypku z kwartetów…

– Tak między nami mówiąc, to zdarzało mu się fałszować… Miał jednak posłuch u innych. Pamiętam, że wiolonczelista, bojąc się ośmieszenia, odmówił gry w pierwszym z tych moich kwartetów, gdzie druga część rozpoczyna się wielokrotnie powtarzaną jedną nutą, a on zagroził mu wywózką na Syberię i problem szybko zniknął…

– To rzeczywiście był oryginał…

– A może miałbyś ochotę na wspólne posłuchanie moich „Razumowskich”?

– Chętnie Ludwiku, to bardzo miłe zaproszenie… Chodźmy…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 53. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: