Czasami jedno usłyszane słowo, jedno przywołane nazwisko lub choćby tylko przelotnie zauważona rzecz, uruchamiają taką lawinę skojarzeń, że trudno się od nich uwolnić, a jeśli stają się one natrętne, to potrafią niekiedy zdeterminować przyszłe decyzje i działania. Tak właśnie było ostatnio ze mną.

Planowałem napisać o pieśniach de Falli, umówiłem się na spotkanie z Bachem w sprawie jego koncertów klawesynowych, chciałem uzupełnić wybór wykonań sonaty b-moll Chopina, ale gdy usłyszałem, jak Max Reger wspomina Wagnera w Bayreuth, to nagle coś we mnie tak tęsknie po niemiecku zaskowytało, że znając już takie swoje reakcje, natychmiast wiedziałem, że wszystkie te plany pójdą w odstawkę.

No i teraz siedzę od kilkunastu już dni i nieustannie słucham Wagnera. Z tym „nieustannie” to troszkę przesadzam, bo zdarzało mi się przecież zasnąć ze słuchawkami w uszach lub odkładać muzykę, by przetrawić treść kolejnej wysłuchanej opery. Niemniej jednak Wagner towarzyszył mi dość długo i na całkowitą wyłączność. Od wielu dni nie słuchałem nikogo innego…

Wątpię, żeby Richard czytał moją kronikę, więc powiem szczerze, otwarcie i bez lęku, choć absolutnie też bez  zamiaru urażenia kogokolwiek: nie przepadam za nim samym i choćbym miał się przedzierać przez jego twórczość i dyskografię całymi miesiącami, to nie pójdę do niego po pomoc. Nie i już!

Może kiedyś opowiem, dlaczego tak jest, a może nawet zmienię o nim kiedyś zdanie… Kto wie? Nigdy przecież nie mów nigdy!

Dzisiaj natomiast, jeśli nawet poszedłbym do Wagnera, to pewnie nie potrafiłbym uwierzyć w żadne wypowiedziane przez niego zdanie, pamiętając, jak nazmyślał w swojej autobiografii, jak sprytnie tysiącem miłych słówek tumanił zakochanego w nim Ludwika Szalonego, jak zwodził innych sponsorów i darczyńców, wykradając im nabyte już prawa, a czasami także i żony, jak oszukiwał i mamił dziesiątki wierzycieli, zmieniając w ucieczce przed nimi mieszkania, miasta i kraje.

Niby i mną się zachwycał, pisząc, że wierzy tylko „w Boga, Mozarta i Beethovena“. Niby usłyszane przez niego w wieku 16 lat wykonanie mojego „Fidelio“ sprawiło, że zamarzył zostać kompozytorem, ale tak naprawdę to przede wszystkim chodziło mu wtedy o zdobycie względów śpiewającej tytułową rolę Wilhelminy Schröder-Devrient, do której odważył się napisać: „Jeśli muzyką swoją zdobędę kiedyś sławę, Pani to będzie zasługa. Odkąd Ją bowiem ujrzałem, jedynym pragnieniem i celem mojego życia stało się stworzenie opery Pani talentu godnej…“

Obraz takiego właśnie Wagnera tkwi mi w głowie na tyle mocno, że nie czuję potrzeby bliższego z nim kontaktu. Nie to, żebym ja był święty! A gdzie tam! Przynosi mi jednak ulgę, jeśli to inni mają więcej za uszami…

Uciekając w 1839 przed wierzycielami z Rygi, Wagner wraz ze swoją coraz mniej kochaną pierwszą żoną Minną i uwielbianym czarnym nowofundlandem Robberem próbowali przedostać się do Paryża. Ponieważ odebrano mu za niespłacane długi paszport, polscy przemytnicy z Królewca przewieźli ich wagonem pocztowym na granicę rosyjsko-pruską, a następnie wsadzili całą trójkę na maleńki stateczek „Thetis“ przewożący do Londynu owies i groch.

Silny sztorm w cieśninie pomiędzy Danią i Szwecją zmusił kapitana statku do szukania schronienia w Sandwike na południowym wybrzeżu Norwegii, ale i tam po kilku spokojnych dniach dopadły ich potężne fale i groźne burze.

Nawet najbardziej zahartowani marynarze drżeli ze strachu, lecz Wagner delektował się brzmieniem grzmotów, porażającym szumem bryzgających fal i śpiewem przerażonych żeglarzy odbijającym się ponurym echem od otaczających ich skał. Takiej właśnie potrzebował muzyki…

Jeszcze w Rydze rozpoczął pracę nad operą o holenderskim kapitanie skazanym na wieczną tułaczkę po morzach za zbrodnie, których się dopuścił. Jego jedyną szansą na odkupienie win było znalezienie prawdziwej miłości, co dodatkowo utrudnione było tym, że tylko raz co siedem lat mógł zejść ze swego statku-widma na jeden dzień na ląd.

Ta upowszechniona przez Heinego legenda o Holendrze-tułaczu pierwotnie miała się toczyć u wybrzeży Szkocji, lecz osobiste sztormowe przeżycia Wagnera sprawiły, że historyjka nabrała prywatnych odniesień, a legendarny kapitan znalazł się ze swoim statkiem, podobnie jak Wagnerowie, w norweskiej zatoce Sandwike.

Nieszczęśliwie żonaty Wagner oprócz burzliwego życia targanego sztormami dał też w skomponowanej wtedy operze wyraz swojej tęsknocie za prawdziwą miłością, taką aż do śmierci, jedną jedyną… Mało to do Wagnera podobne, ale jednak!

Jeszcze wtedy nie wiedział, że pomimo wielu związków i miłostek spotka za kilkanaście lat Mathildę Wesendonck i z miłości do niej napisze „Tristana i Izoldę“, mocno narażając się przy okazji szaleńczo w nim zakochanemu królowi Bawarii Ludwikowi II Wittelsbachowi.

„Latający Holender“ stał się dla Wagnera punktem zwrotnym w karierze i w twórczości, co on sam podkreślał, pisząc: „Stąd się zaczyna moja kariera poetycka i pożegnanie się ze zwykłym autorem tekstów operowych… Mój kurs był nowy, nakazał mi to mój wewnętrzny nastrój i wymuszona nagląca potrzeba przekazania tego nastroju innym“.

Co prawda, gdy Wagnerowie razem z psem dotarli już do Paryża, to pierwszą wystawioną tam operą stał się „Rienzi“, ale pomimo tego dopiero ta romantycznie-szowinistyczna opowieść o miłości Senty do holenderskiego kapitana tułającego się po morzach w poszukiwaniu kobiety gotowej uratować jego duszę potępieńca poprzez poświęcenie mu swojego życia, sygnalizowała kierunek przyszłych poglądów Wagnera na rolę kobiety w życiu mężczyzny.

Dopiero ta opera okraszona piorunującą muzyką prosto z morskich sztormowych odmętów, jako pierwsza stała się też godną tego, by Wagner umieścił ją w przyszłym kanonie dziesięciu utworów do wiecznego wystawiania na festiwalu w Bayreuth, sfinansowanym w ogromnym stopniu z pieniędzy bawarskiego króla zauroczonego kompozytorem.

Bayreuth i sam Wagner stały się dla Niemców jedną z najważniejszych narodowych marek generujących potężne dochody, a „Holender-tułacz“ regularnie przybywa na ten festiwal w poszukiwaniu kolejnych pokoleń fanatycznie kochających Wagnera wyznawców jego kultu.

O rety, ja mu chyba po prostu zazdroszczę!

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 443. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: