Jestem głupcem!

Jak ja mogłem mówić, że nie przepadam za operą. Co za ignorancja…

Nie słuchałem dotychczas oper zbyt często i może musiałem się zestarzeć, żeby wreszcie docenić to piękno. Nie mam wprawdzie złudzeń, że niejedna opera jeszcze mnie zanudzi, ale dzisiaj nie ma to żadnego znaczenia. Od kilku godzin słucham operowych wersji baśniowego mitu o miłości Orfeusza i Eurydyki skomponowanych przez Glucka i jestem tą muzyką wręcz zauroczony.

Prawdą jest, że kilkanaście wykonań odrzuciłem nie widząc w nich czegokolwiek atrakcyjnego i pewnie, gdybym na nich poprzestał to dalej mówiłbym, że nie przepadam za operą. Na szczęście trafiłem również na wykonania piękne, różnorodnie piękne.

Opera Glucka to zresztą ewenement w planowanej przez kompozytora różnorodności, bo Willibald stworzył autorskie partie Orfeusza zarówno na sopran dla kastrata, jak i dla tenora. Dodatkowo dzięki przeróbkom Berlioza partię tę może wykonywać także mezzosopran, alt, a nawet baryton. Partię Orfeusza śpiewają zarówno kobiety, jak i mężczyźni.

Muszę przyznać, że od samego początku bardzo byłem ciekaw jak Gluck poradził sobie z mityczną opowieścią o niebotycznie pięknym śpiewie Orfeusza. To musiało być spore wyzwanie nie tylko dla kompozytora, ale i dla solisty odtwarzającego rolę Orfeusza, który pięknem śpiewu i gry na lirze potrafił sprawić, że drzewa pochylały się ku niemu, skały ruszały w jego stronę, rzeki wstrzymywały swój bieg, groźne wilki zasłuchane w pieśń tuliły się do baranków, a u poruszonych śpiewem ludzi płakały nawet ich cienie.

Orfeusz był pięknym młodym synem boga Apollina i muzy Kalliope. O niezwykłym darze przekazanym mu przez rodziców dowiedział się bardzo szybko – cała natura chciała być blisko niego i wystarczyło, że zaczął śpiewać i grać na lirze, a świat uznawał w nim czarodzieja.

Jak silna był jego moc świadczyć mogło na przykład to, że to właśnie Orfeuszowi, uczestnikowi wyprawy po Złote Runo, Argonauci zawdzięczali bezpieczne ominięcie zasłuchanych syren.

Nie tylko Orfeusza kochano, również Orfeusz kochał miłością artysty – ogromną i wylewną, czułą i tkliwą, skłonną do uniesień i poświęceń, burzliwą w emocjach. Ukochaną Orfeusza była piękna nimfa drzewna Eurydyka, której uroda wyzwalała pożądanie u każdego, kto na nią spojrzał. Eurydyka uciekając przez łąkę przed jednym z pożądliwych adoratorów nadepnęła na jadowitą żmiję i ukąszona umarła.

W operze Glucka Orfeusza słyszymy po raz pierwszy, gdy obłąkany krąży po opuszczonym przez Eurydykę świecie i wyśpiewuje jej imię, w odpowiedzi słysząc jedynie echo.

Bezprzykładna miłość oraz dusza artysty nasunęły mu pomysł, aby wydostać Eurydykę z zaświatów i pomysł ten z artystyczną beztroską postanawia zrealizować, zabierając w podróż w zaświaty wyłącznie swą czarodziejską lirę.

Pierwszy jego czarowi uległ Charon, który przewiózł go na drugi brzeg Styksu bez żadnej opłaty, potem Cerber lizał mu stopy i przyjaźnie się łasił, trzy Erynie wstrzymały wymierzanie kar w Erebie, królowa Persefona wstawiła się za nim u męża, a i sam Hades na tyle docenił kunszt sztuki Orfeusza, że pozwolił mu zabrać ze sobą Eurydykę i przywrócić ją do życia.

Próbowałem sobie wyobrazić każdą z tych scen w muzycznym zapisie i przyznać muszę, że absolutnie się nie zawiodłem. Na długie chwile zamarłem w bezruchu jak Syzyf, który zasłuchany w śpiew Orfeusza przysiadł na skale, porzucając na ten czas swą tytaniczną pracę.

Chyba nie tylko ja uległem urokowi Orfeusza. Po jednym z pierwszych francuskich wykonań opery jeden z muzyków pisał tak: „Ludzie obejmowali się w korytarzu podczas przerw, płakali, śmiali się z zachwytu… jednym słowem nastąpiło zamieszanie, radość, jakiej nigdy nie widziałem w Paryżu”.

A więc… czar Orfeusza trwa…

Byłoby miło gdyby takie historie zawsze kończyły się dobrze, więc tym razem nie opowiem zakończenia. Wolałbym inne… Niezależnie od zakończenie ważne jest jednak to, co się już zdarzyło – miłość pokonała śmierć na początku mitu, a nie na jego końcu. Sama walka z nieodwracalną siłą śmierci to zawsze bardziej wyzwanie duszy niż ciała i dlatego właśnie tak wspaniałym sprzymierzeńcem w tej walce stała się muzyka!

Kim byli rodzice Glucka, który ożywił mit Orfeusza i jego czarodziejską moc muzyki. Czy, tak jak w micie, bogiem i muzą? Jakie moce sprawiły, że syn leśniczego w swojej trzydziestej skomponowanej operze dotyka absolutu uczuć w stopniu tak niezwykłym?

Tego naprawdę nie wiem i chyba nigdy nie zrozumiem. Wiem jednak po posłuchaniu opery Glucka, że byłem operowym głupcem i ignorantem! A może po prostu do tej pory nie trafiłem na swoje? Przecież sam Gluck rozróżniał jakość swoich oper pisząc w jednym z listów: „ Zgadzam się, że ze wszystkich moich kompozycji „Orfeusz i Eurydyka” jest jedyną akceptowalną. Proszę o przebaczenie boga smaku, który ogłuszył moją publiczność innymi operami ”.

INSPIRACJA WPISU: