Gdy tydzień temu żegnałem się z Johannem Sebastianem po wspólnym słuchaniu muzyki Gibbonsa byłem szczęśliwy, spokojny i muzycznie zaspokojony. Johann podał mi dłoń na pożegnanie, otworzył drzwi i stojąc już w progu powiedział z wyraźnie wyczuwalną zadumą:

– Gibbons to jeden z etapów tej niesamowitej sztafety muzyków z różnych epok, z różnych krajów i o różnej muzycznej wyobraźni, która podążając przede mną, sprawiła, że stałem się tym Bachem, którego znasz…

– Każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu czerpie z twórczości poprzedników kopiując ją, rozwijając i uszlachetniając lub… odrzucając…

– Zauważyłeś, jak bardzo zmieniła się muzyka Gibbonsa od czasu, gdy pojechał z wizytą do Amsterdamu do Jana Sweelincka?

– Masz rację, ale zaskoczę cię jeszcze bardziej. Również na mnie Sweelinck wywarł spory wpływ…

– Jakim cudem, przecież on nigdy nie wyjeżdżał z Holandii?

– Raz podobno pojechał do Antwerpii po nowy model klawesynu…

– Być może, nie wiem tego… W swoim czasie był on tak wybitnym organistą i klawesynistą, wyszkolonym z podręczników zwożonych przez weneckich kupców do druku w Amsterdamie, że to właśnie do niego tłumnie przyjeżdżali uczniowie z całych Niemiec. Dzięki temu lata później mogłem czerpać wiedzę z kompozycji Heinricha Scheidemanna, który był uczniem Sweelincka oraz inspirację z dzieł uczniów ucznia: organowych mistrzów Johanna Adama Reinckena z Hamburga i Dietricha Buxtehude z Lubeki. Tak właśnie w muzyce działa sztafeta twórców, szkół, pokoleń…

– Wiele razy byłem pełen podziwu nad tym, jak piękna i melodyczna, ale jednocześnie złożona i wyrafinowana jest organowa i klawesynowa sztuka Sweelincka zwanego Amsterdamskim Orfeuszem. Jego wpływ na rozwój muzyki to zresztą nie tylko sama kompozycja, ale również udział w budowie i rozbudowie licznych organów w Holandii (Enkhuizen, Haarlem, Deventer, Middelburg, Nijmegen, Harderwijk, Rotterdam, Delft, Dordrecht i Rhenen).

– Sweelinck nauczył swoich uczniów nowej techniki gry na organach, w tym unikalnego palcowania i statycznej postawy podczas gry. To niesamowite Ludwiku, ale doszło do tego, że w Hamburgu wszystkie posady organistów obsadzone były przez uczniów Sweelincka, a jemu samemu nadano miano honorowego organisty miasta. I wszystko to pomimo tego, że nigdy tam nie był…

– Chyba nie do końca zdajemy sobie sprawę, jaki był jego wpływ na rozwój muzyki klawiaturowej. Holendrzy cenią go tak bardzo, że jego podobiznę umieścili nawet na jednym z banknotów…

– No, to jest w takim razie naprawdę wartościowy gość…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 136. wpisem z cyklu 1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: