Zamieszkanie w DNM-ie to najlepsza rzecz, jaka mi się przydarzyła po śmierci. No, może jeszcze Phonak, Nekronet i Spotify…

Jeśli chciałoby się porównać dzisiejszy dziecinnie łatwy dostęp do muzyki całego świata i całej jego zachowanej przeszłości i to jeszcze w setkach różnorodnych wykonań, to aż trudno sobie wyobrazić jak to wyglądało kiedyś. Koncerty dla wybrańców w nielicznych ośrodkach sztuki, objętych mecenatem kościoła lub władców. Szczątkowe informacje o tym, kto, gdzie i co skomponował i wykonał. Brak powszechnie dostępnych zapisów nutowych (o nagraniach nie wspominając!). Większość utworów znana była wyłącznie wśród elit, do których sami muzycy wcale nie należeli, wykonując mało szanowane wówczas usługi rzemieślników.

A dzisiaj wystarczy wcisnąć „play”…

Jeszcze niedawno nie miałem pojęcia, że gdzieś we Francji na przełomie XV i XVI wieku żył kompozytor, którego dzisiaj nazywa się czasami „Beethovenem renesansu”. Gdy zobaczyłem tę informację podczas przeglądania Nekronetu to, czego nie zamierzam ukrywać, bardzo mnie zaintrygowało, kogo obdarzono takim przydomkiem.

Wcale nie było łatwo odnaleźć go w naszym Domu Nieśmiertelnego Muzyka! Okazało się, że ten mój „poprzednik” nazywa się Josquin Lebloitte, choć dziś najczęściej używa się wobec niego nazwiska des Pres (lub des Prez, lub Desprez) i jest on skromnym, cichym i nieszukającym poklasku byłym śpiewakiem, chórmistrzem i kompozytorem, który swoją różnorodną muzyką zdominował XVI wiek.

Nie trafiłem dotychczas na niego przy żadnej z DNM-owych imprez, bo okazało się, że des Pres od dłuższego czasu praktykuje medytację w swoim pokoju i…, o nieba…, odmówił u siebie instalacji Nekronetu i jako jeden z niewielu nie zalogował się do Spotify.

Poczułem dreszczyk emocji, że oto zupełnie niespodziewanie pojawiła się przede mną szansa wprowadzenia w nowy świat muzycznych doznań całkowitego spotifajowego prawiczka. Naprawdę przeszywały mnie ciarki na myśl, że przy pomocy Nekronetu otworzę przed nim możliwość eksploracji nieodkrytych dotychczas muzycznych przestrzeni. Będę jego przewodnikiem…!

Przygotowując się do spotkania z des Presem już od kilku dni słuchałem jego utworów i muszę przyznać, że niekiedy byłem bardzo blisko, aby rzucić wszystko, usiąść w kącie w absolutnej ciszy i poddać się błogiej medytacji. Czułem moc i piękno tej muzyki i absolutnie przestałem się dziwić, że Marcin Luter właśnie pod wpływem dzieł katolika des Presa zrezygnował z wydania zakazu używania ozdobnej muzyki polifonicznej w liturgii swojego zreformowanego protestanckiego kościoła.

To Luter powiedział o des Presie: „Inni muzycy robią z nutami to, co potrafią, Josquin robi to, co chce”.

Des Pres zareagował na moje wejście lekkim skinieniem głowy, a po dłuższej chwili głęboko odetchnął, spojrzał na mnie dość zaskoczonym wzrokiem i powiedział:

– Nie wiem, kim jesteś miły gościu, nie znam cię, lecz jeśli przyszedłeś, bo chcesz poznać tajniki medytacji, to zapraszam, chętnie cię wprowadzę, mogę być twoim przewodnikiem…

W pierwszej chwili zamurowało mnie, a po chwili, dość mocno urażony, chciałem udostępnić mu swoje słuchawki i włączyć mu do odsłuchu coś ze swoich kompozycji lub, w ostateczności, choćby jedną z jego bosko brzmiących mszy. W ostatniej chwili spojrzałem na niego ponownie i zobaczyłem przed sobą postać szczęśliwą — bez Nekronetu, bez Spotify, tylko z tym, co mu we własnej duszy grało…

Jeszcze parę minut temu wydawało mi się to niemożliwe, a jednak…

Pożegnałem Josquina nawet się nie przedstawiając. Postanowiłem jednak, że jeszcze kiedyś do niego wrócę. Może choć trochę nauczę się od niego tego spokoju, którego jakoś nie mogę osiągnąć nawet tutaj, tak blisko nieboskłonu…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 56. wpisem z cyklu 1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: