To niesamowite jak komplementy i dobre opinie mogą przysporzyć życzliwych lub nawet przyjaciół…

Od czasu, gdy kilka tygodni temu zamieściłem w swojej kronice tekst o „Orfeuszu i Eurydyce” Glucka zyskałem nowego sympatyka. Życzliwy uśmiech Willibalda wita mnie teraz codziennie na stołówce, a on sam wyraźnie zbiera się na odwagę, aby podejść do mnie z nowymi nagraniami.

Trochę mnie to niepokoi, bo Gluck napisał ponad 40 oper i nie bardzo uśmiecha mi się przesłuchiwanie ich wszystkich. Może uprzedzę jego zamiary i powiem mu, żeby wskazał mi jeszcze jedną najciekawszą, góra dwie…

Podszedłem do Willibalda, a on, stanąwszy jakby na baczność, wpatrywał się we mnie z oczekiwaniem…

– Drogi Willibaldzie, chciałbym posłuchać jeszcze jakiejś kolejnej twojej opery. Możesz mi coś zaproponować…

Patrząc na rozradowaną minę Glucka, szybko pojąłem, że bardzo na to czekał… Był zresztą przygotowany…

– Mówią, że najważniejszą w moim dorobku, obok „Orfeusza i Eurydyki”, jest „Alceste”…

Muszę przyznać, że już uwertura sprawiła mi wiele radości. Zwiastowała dramat oprawiony muzyką…

Gluck ponownie sięgnął do greckiej poezji, tym razem do Eurypidesa i przeniósł mnie do legendarnej Tesalii, w której właśnie umierał król Admetos… Wyrocznia obwieszcza, że król pozostanie przy życiu, jeśli znajdzie się ktoś, kto, poświęcając się, zginie za niego.

W tajemnicy przed królem swe życie poświęca bogom jego żona Alceste. Robi to wyłącznie z miłości do męża, bez żadnych wyrachowanych kalkulacji. Bogowie przyjmują ofertę Alceste…

Król Admetos zdrowieje i nie może zrozumieć braku radości swojej żony, która wreszcie zdradza mu powód swego przygnębienia i mówi mu o złożonej bogom przysiędze. Zrozpaczony Admetos szaleje z rozpaczy i odmawia przyjęcia ofiary złożonej przez Alceste. Na daremno…

Gdy Alceste umiera zrozpaczony król, nie mogąc znieść cierpienia, postanawia popełnić samobójstwo. I wtedy… w rozjaśnionym promiennym światłem pałacu pojawia się sam Apollo, oznajmiając wszystkim, że poświęcenie Alceste i szczera rozpacz Admetosa tak poruszyły bogów, że pozwolili małżonkom ponownie połączyć się w zdrowiu i w miłości…

Piękna bajeczka… Willibald doskonale wiedział, że jeśli opowie mi ją przed wysłuchaniem opery, to nie spocznę, zanim się nie dowiem, w jaki sposób opisał muzyką dramaturgię tej opowieści… Spryciarz!

Już po „Orfeuszu i Eurydyce” doskonale wiedziałem, że Gluck jest mistrzem w budowaniu pięknej muzycznej narracji i tym razem również się nie zawiodłem. Pozostawał konsekwentnie wierny swemu przekonaniu, że popisy śpiewaków i wirtuozeria muzyków są mniej ważne od pięknej prostoty opisu potężnych pasji w ich punkcie wrzenia…

Dał temu dobitnie wyraz w przedmowie do opery, którą w poetycki sposób spisał jego librecista Rainieri Calzabigi:

„Uważałem za niezbędne sprowadzić muzykę do jej właściwej funkcji, a jest nią wspieranie poezji w wyrażaniu uczuć i dramatycznych sytuacji, nie zaś przeszkadzanie w rozwoju akcji. Myślę, że muzyka dla poezji powinna być tym, czym jest dla dobrego malarstwa barwa oraz właściwe rozmieszczenie świateł i cieni…”

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 47. wpisem z cyklu 1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: