Mam ostatnio wrażenie, że jednym z najbardziej zadowolonych mieszkańców DNM-u jest Hubert Parry. Od kiedy w 2015 roku sprzedano na aukcji siedemdziesiąt dotychczas niepublikowanych prac Parry’ego, które wydobyto z rodzinnego archiwum, Hubert wyraźnie ożył, jeśli można użyć takiego określenia akurat u nas.

Hubert i tak nie powinien narzekać. Jakoś tak się porobiło, że w jego rodzinnym kraju cieszy się sporym uznaniem i szacunkiem, i to od wielu lat. Gdy w roku 1898 otrzymał tytuł szlachecki, a dwa lata później został profesorem w Oksfordzie mógł myśleć o sobie, że jest u szczytu swojej kariery.

Dopomógł mu jeszcze jeden szczęśliwy zbieg okoliczności. Szykowała się nowa koronacja — na tron wstępował Edward VII. Tradycyjnie w anglikańskim kościele podczas koronacji monarchów wejście nowego króla do katedry odbywało się przy słowach 122 Psalmu „I Was Glad”, oprawionych muzycznie przez najwybitniejszych kompozytorów danej epoki. Zaszczyt ten przypadał między innymi Henry’emu Purcellowi i Williamowi Boyce’owi.

W 1902 roku uświetnienie wejścia do katedry chóralnym śpiewem wyrażającym radość, dumę i potęgę tradycyjnych wartości, dwór królewski zlecił właśnie Parry’emu.

„I was Glad” Huberta okazało się na tyle wspaniałe, że po lekkich zmianach i po wzbogaceniu instrumentacji o większą liczbę instrumentów dętych zostało wykorzystane również i podczas następnej koronacji króla Jerzego V w 1911 roku.

Po takiej rekomendacji jasne stało się, że ten chór godny jest każdej następnej wielkiej okazji, a sam Parry za swój wkład w uświetnienie koronacji otrzymał tytuł baroneta i stał się osobą godną tego, aby jego muzyka towarzyszyła królewskim ceremoniom.

Dokładnie sto lat po koronacji Jerzego V kilka utworów Parry’ego zostało wykorzystanych podczas ceremonii zaślubin księcia Williama i Kate. Orkiestra na wejście królowej odegrała marsza z „Birds”, a wspaniałe połączone chóry katedry Westminsterskiej i kaplicy królewskiej odśpiewały nie tylko „I was Glad”, ale również „Jerusalem” i symboliczne dla pary młodej „Blest Pair of Sirens”.

Jeśli do tego wszystkiego dodać, że Parry od prawie stu lat jest ze swoim „Jerusalem” nieodłącznym corocznym towarzyszem ostatniego koncertu brytyjskich „Promsów”, to nie może dziwić, że na każde przywitanie spotykających go mieszkańców DNM- u odpowiada:

– Bardzo dziękuję. Byłem zadowolony i nadal jestem. I was glad! I am glad!

Muszę przyznać, że z podziwem i z zachwytem obserwuję te brytyjskie „Promsy”. Moje zainteresowanie jest tym większe, że obok Bacha i Mozarta jestem trzecim kompozytorem, którego dzieł nie zabrakło dotychczas niemalże na żadnym z kolejnych roczników „Promsów”. I to począwszy od 1895 roku. A przepraszam, czwartym jest właśnie Parry, którego „Jerusalem” odśpiewano już ponad sto razy!

Zgodnie z tradycją finałowego koncertu przed odśpiewaniem „Jerusalem” dyrygent orkiestry wygłasza mowę pożegnalną z podziękowaniami i życzeniami, pośród zgiełku okrzyków, dźwięków gwizdków i trąbek, grzechotek piłkarskich i pękających balonów…

I jeśli ktoś pomyśli, że jest to opis ulicznych zamieszek, to jest w ogromnym błędzie. To „Promsy” – największy na świecie festiwal muzyki klasycznej, tak, tak…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 44. wpisem z cyklu 1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: