Znowu we śnie dyrygowałem orkiestrą grającą symfonię, której nigdy wcześniej nie słyszałem. Te sny pojawiały się przez całe moje życie, a i teraz wcale mnie nie opuściły. Po wybudzeniu nigdy nie potrafiłem zapisać muzyki, którą grałem, śpiewałem lub dyrygowałem we śnie.

Okazuje się, że wcale nie jestem wyjątkiem. Prawie wszyscy mieszkańcy DNM-u śnią muzyczne sny i nikt ich nie zapamiętuje. Przypomniało mi się, w jaką rozpacz wpadł Giuseppe Tartini, gdy pewnej nocy usłyszał we śnie diabła grającego niebiańsko, a raczej piekielnie cudną sonatę skrzypcową.

Giuseppe przez wiele następnych lat próbował odtworzyć tę muzykę ze swego snu i choć stworzył wspaniałą sonatę, którą nazwał „Diabelską”, to do dziś zarzeka się, że ta, którą w jego śnie grał sam diabeł była tysiąckrotnie piękniejsza.

To marzenie Tartiniego, aby dorównać muzyce ze snu, sprawiło, że przez długie lata trzymał swoją sonatę w ukryciu z nadzieją, że jeszcze ją ulepszy. Tak przynajmniej mówią muzyczne legendy. Kunszt gry Tartiniego na skrzypcach prowokował jemu współczesnych do budowania teorii o konszachtach z siłami nieczystymi, a Tartini umiejętnie te sugestie podsycał. Sto lat później identycznie robił Paganini…

„Diabelski” wizerunek bardzo łatwo mógł się jednak obrócić przeciwko Tartiniemu. W wieku 29 lat został on mianowany dyrektorem orkiestry w Bazylice św. Antoniego w Padwie i spędził na tej posadzie kolejne 49 lat. Jedną z jego nielicznych nieobecności w Padwie był pobyt w Pradze, gdzie występował podczas koronacji cesarza Karola VI.

Jego pracodawcy z pewnością nie pochwalaliby konszachtów z diabłem, nawet we śnie. Mogło to spowodować nie tylko ośmieszenie i religijny skandal, ale wręcz pozbawienie Tartiniego środków do życia. Może właśnie dlatego dopisek umieszczony w zapisie ostatniej części sonaty o diable siedzącym przy łóżku kompozytora został usunięty, a sama sonata opublikowana została dopiero trzydzieści lat po śmierci Tartiniego.

Piękno muzyki, wsparte siłą legendy, sprawiło, że ta sonata, zwana „Diabelskim trylem” przetrwała próbę czasu i jest dzisiaj uznawana za najwspanialszy utwór spośród kilkuset sonat i koncertów skomponowanych przez Tartiniego. Nie wiem doprawdy, czy tak by się stało, gdyby nie to diabelskie wsparcie…?

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 42. wpisem z cyklu 1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: