Pomimo tego, że już od dawna jestem z Bachem po imieniu, a właściwie po imionach, to nadal z niezmienną wielką przyjemnością mówię do niego: Mistrzu. Tak kocham jego muzykę, że nigdy nie podałem tego określenia w wątpliwość.

Co więcej, nie czułem potrzeby weryfikowania swojego poglądu. Dość dobrze pamiętając twórczość Bacha, nie wracałem do niej zbyt często, ulegając pokusie poznawania coraz to nowych gości w DNM-ie i ich często nowych dla mnie dzieł.

Dopiero pisanie kroniki niejako zmusiło mnie do powrotu do kompozycji mojego Mistrza i bez jakiegokolwiek zdumienia stwierdziłem, że w moim zachwycie dla niego nic się nie zmieniło. Chociaż, może jednak trochę…

Pojawiło się tak wiele nowych nagrań muzyki Bacha, że ich odkrywcza niekiedy odmienność od wykonawczych kanonów czasami szeroko rozchylała moje uszy.

Od dwóch dni słucham na okrągło sonat Bacha na skrzypce i klawesyn obbligato. Różnorodność podejścia do tych muzycznych brylantów jest tak pobudzająca zmysły i tak bezkompromisowo krusząca skostniałe już u mnie wykonawcze przyzwyczajenia, że nie mogłem przestać słuchać, a mój podziw dla Bacha rósł i rósł. Byłem dumny z tego, że to mój Mistrz!

Niektórzy wykonawcy dbali o to, aby spełnić oczekiwanie Bacha, aby oba instrumenty odgrywały równorzędną rolę, w innych wykonaniach dominującą pozycję obejmowały skrzypce, a czasami przewodnim instrumentem okazywał się klawesyn i za każdym razem sonaty brzmiały niezmiennie pięknie.

Czekała mnie jednak niespodzianka.

Równo tydzień temu, przy okazji słuchania „Suit angielskich” pozwoliłem sobie na wyrażenie wyraźnej preferencji dla wykonań klawesynowych w porównaniu z fortepianowymi. Minęło parę dni, a ja wszystko muszę odszczekać…

W muzyce żadna regułka nie jest wieczna. Wystarczy ludzki geniusz, aby każdą naruszyć lub obalić…

Zgodnie ze swoim ubiegłotygodniowym nastawieniem wysłuchałem wczoraj i dziś kilkanaście klawesynowych wykonań sonat i byłem na tyle ukontentowany tym, co usłyszałem, że uznałem się za gotowego do napisania kolejnego wpisu. Coś mnie jednak podkusiło…

Od dawna odczuwam jakiś wewnętrzny opór wobec wykonań Glenna Goulda, bo strasznie mi przeszkadza ten jego dość głośny śpiew pod nosem podczas gry. Przełamałem się jednak tydzień temu i nie żałowałem. Może dojrzałem na wieczną starość i nie jestem już tak skłonny do czepiania się każdego? Postanowiłem, że dam Glennowi szansę również dzisiaj. No i…

…już kolejny raz słucham sonat w wykonaniu Laredo na skrzypcach, Goulda na fortepianie i na mruczando, i nawet zacząłem razem z nim charczeć po swojemu.

Ich fortepianowe wykonanie sonat sprawiło, że oczyma wyobraźni zobaczyłem Bacha siedzącego przy klawiaturze jednego ze swych instrumentów i drapiącego się co rusz w napudrowaną perukę. Nie miałem takich wizji, słuchając klawesynów…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 371. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: