Muszę przyznać, że czasami spotykam się z zupełnie niespodziewanymi reakcjami mieszkańców DNM-u po kolejnych wpisach. Tak było na przykład dzisiaj podczas poobiedniego spaceru, w którego trakcie mijałem Bernsteina przechadzającego się z Carlem Nielsenem.

Pomimo tego, że obaj pogrążeni byli w dość burzliwej rozmowie, podczas której Lenny wymachiwał rękoma, jakby stał za pulpitem, zauważyli mnie, a Leonard pozostawił na chwilę Carla samego, podszedł do mnie i bez pytania o zgodę wyściskał mnie jak dobrego znajomego, a gdy wreszcie wypuścił mnie ze swych ramion, spojrzał na mnie z uśmiechem, przesłonił oczy przed promieniami słońca i powiedział tylko:

– To za „Lunatyczkę”!

Lenny powrócił do Nielsena, a ja stałem w zaskoczonym bezruchu i dopiero po chwili dotarło do mnie, że to właśnie Bernstein towarzyszył Marii Callas w uznanym przeze mnie za jej najlepsze wykonanie opery o somnambuliczce. Miłe, naprawdę miłe!

Spojrzałem za wciąż żywo gestykulującym Leonardem podskakującym naokoło towarzyszącego mu Nielsena i dotarło do mnie, że Carl swoją dzisiejszą popularność jak mało komu innemu zawdzięcza właśnie Bernsteinowi.

Docenili to zresztą rodacy Duńczyka, którzy w setną rocznicę urodzin Nielsena zaprosili do Kopenhagi Bernsteina, a żeby ułatwić mu decyzję o przylocie, poparli zaproszenie kwotą 50 000 duńskich koron jako nagrodą za propagowanie w muzycznym świecie twórczości Carla.

Bernstein rzeczywiście lubił muzykę Nielsena, a jego samego uważał za szaleńca, który komponował z „neurotycznym entuzjazmem”. Trafił swój na swego…

Na rocznicowy koncert w Kopenhadze Bernstein wybrał symfonię, która pozwalała mu na okazanie sporej dawki własnej ekspresji, podobnej do tej widzianej podczas dzisiejszego spaceru. Idealnie pasowała tu „Trzecia”, w której ekspansywny wybuch orkiestry na początku pierwszej części powalić może każdego, choć przyznać muszę, że Bernstein od początku do końca zachował pełną kontrolę nad zapalnikiem tej „bomby naładowanej muzyczną energią”.

Tak nazwał „Trzecią” Nielsena krytyk Kai Flor nawiązując do faktu, że sam Carl, gdy na próbie przed premierą swojej symfonii po raz pierwszy usłyszał brzmienie orkiestry, to niemalże zemdlał z wrażenia, osuwając się na krzesło.

Kai Flor napisał na łamach duńskiego dziennika „Berlingske Tidende”, że gdyby Nielsen usłyszał pierwszą część swojej trzeciej symfonii pod Bernsteinem wykonującym gesty, ruchy i podskoki godne najpotężniejszego czarownika, to ponownie przysiadłby z wrażenia, „oczarowany wielkością własnej muzyki”.

Patrzyłem za oddalającymi się sylwetkami Carla i Leonarda i przez moment poczułem jakiś żal, że nie jestem przy nich. Mnie również byłoby stać na neurotyczny entuzjazm…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 369. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: