Jak to często bywa, myśl niewinnie pojawiona, potrafi tak mocno okopać się i na jawie i we śnie, że potrafi towarzyszyć i pobudce i służyć za kołyskę. Od momentu, gdy porozmawiałem z Bachem o emeryturze, nieustannie szukam właściwego zastępcy na swoje miejsce w komisji weryfikacyjnej naszego DNM-u.

Po długim namyśle ograniczyłem liczbę kandydatów do dwóch: uznałem, że redakcyjne doświadczenie Schumanna i jego dociekliwy krytycyzm dają mu świetną rekomendację, a z drugiej strony pamiętając o swoich reakcjach na obcą nam staruszkom muzykę Griseya, spośród ostatnich nabytków naszego Domu wybrałem Pendereckiego, pamiętając o jego miłości do Bacha, ale widząc też, jak wielkim autorytetem cieszy się u wszystkich naszych młodych.

Za Panem Krzysztofem (nie jesteśmy jeszcze na „ty”) przemawia również to, że on jest jak muzyczna dziewica. Wielokrotnie podkreślał za życia, że stara się nie słuchać muzyki innych kompozytorów, aby nie sugerować się żadnym przypadkowo usłyszanym nieswoim dźwiękiem. On, w przeciwieństwie do Schumanna, na pewno byłby wolny od uprzedzeń.

Na szczęście mam jeszcze czas na podjęcie decyzji. Spróbuję zresztą z oboma wcześniej porozmawiać…

Dobrym pretekstem do rozmowy z Robertem będą jego pieśni, których w przypływie niezwykłej radości z okazji ślubu z Clarą masowo naprodukował w jednym roku ponad 130.

Może zacznę od cyklu „Miłość poety” według poezji Heinego. Wprawdzie pod koniec życia Schumann tradycyjnie obraził się na Heinego, jak i na wielu innych, ale w tamtym okresie oboje z Clarą traktowali go jak piewcę miłości i zupełnie jeszcze wtedy nie zauważali ironii, przemycanej w wierszach swojego idola.

I Robert, i Clara poznali Heinego osobiście, a poezja słynnego wieszcza towarzyszyła ich euforycznej miłości wiernie, romantycznie i inspirująco. Tęsknota, namiętność, czułość i potrzeba stałej bliskości odmalowane w kolejnych wersach, były dowodem, że tak jest i będzie, a zdrady, rozstania i zawody były wyłącznie pocieszeniem, że dotykają tylko innych. Nas na pewno nie…

Często myślałem, czy to nie kariera zawodowych muzyków legła u podstaw tak dramatycznego końca ich wspaniałej miłości. Długo posiadali tylko jeden fortepian i gdy Clara ćwiczyła, Robert nie komponował lub odwrotnie. Przez długi czas to Clara w ich domu była słynniejszym muzykiem, a Robert znany był wyłącznie jako „mąż pani Schumann”. Z czasem Clara próbowała wymusić na mężu rodzaj komponowanej muzyki, coraz częściej odmawiając wykonywania jego nowych utworów. Nawet po śmierci Roberta pozwoliła sobie na rolę cenzora, niszcząc kilka kompozycji, które uznała za niegodne…

A jeszcze do tego albo ona zostawała z dziećmi, albo on. Coraz rzadziej bywali w świecie razem. Nadszedł taki moment, że pomimo wielkiej miłości do Clary, a może z tego właśnie powodu, podatny na romantyczne porywy i na potrzebę odczuwania cierpienia Schumann, uznał, że nie jest godzien swojej wybitnej żony i powinien ustąpić miejsca komuś bardziej… i jeszcze bardziej… Może wyczytał to w powieści swego literackiego mistrza Jeana-Paula Richtera o znamiennym tytule „O stanie małżeństwa, śmierci i weselu Siebenkasa”, którą od pewnego momentu traktował niemalże jak Biblię?

No i wtedy pojawia się Brahms!

Jak skomplikowane relacje funkcjonowały w domu Schumannów, można sobie wyobrazić z zachowania Clary już po śmierci Roberta. Próbowała stać się także muzą i mentorką młodziutkiego Johannesa, ale też już przy okazji pierwszego wyjezdnego recitalu z muzyką zmarłego niedawno męża, to właśnie Brahmsa zostawiła w domu jako opiekunkę do dzieci. Historia lubi się podobno powtarzać, ale tego powiedzenia Brahms chyba jednak nie znał, bo szybko uwolnił się od Clary.

„Miłość poety” romantycznego nie byłaby pełna bez dominującego wręcz cierpienia, bez przeszywającego bólu serca, bez otchłani nieszczęścia z powodu samotności i tęsknoty. A mimo wszystko właśnie takie pieśni napisał świeżo upieczony szczęśliwy małżonek dla radości swej żony, choć nie jej dedykowane. Czy uda mi się znaleźć takie wykonanie tych pieśni, w których da się wyczuć to szczęście, radość i ufną beztroskę?

Cykl tych cudnych pieśni zaczyna się przecież lirycznym wspomnieniem miłości, która wyrosła w sercu poety w pięknym maju, kiedy kwitły pąki i śpiewały ptaki (Im wunderschönen Monat Mai).

Niepewność wzajemności sprawia, że płacżę i wzdycham z tęsknoty, lecz z łez wyrastają kwiaty na bukiet dla Ciebie, a słowik pod Twoim oknem odśpiewuje chór moich westchnień (Aus meinen Tränen sprießen).

Jesteś źródłem wszystkiego, co kocham: róży, lilii, gołębicy i słońca (Die Rose, die Lilie, die Taube, die Sonne), a kiedy patrzę w Twoje oczy, cały mój ból znika (Wenn ich in deine Augen seh).

Moja dusza kąpie się w kielichu lilii, z którego głębi dochodzi pieśń drżąca jak Twoje usta przy pocałunku (Ich will meine Seele tauchen). Twoja twarz odbija się w wodzie Renu na ścianie kolońskiej katedry, a ja patrząc na Twoje oczy, usta i policzki lśniące na złotej skórze mam wrażenie, że widzę Matkę Bożą (Im Rhein, im heiligen Strome).

Widzę jednak, że żaden promień nie wpada w mrok Twego spowitego nocą serca, lecz choć własne mi pęka z hałasem, nie żywię do Ciebie urazy, nie mam pretensji ni żalu (Ich grolle nicht).

Rozdarłaś moje serce i nie pocieszą mnie ani płaczące nade mną kwiaty, ani kojąco śpiewające słowiki, ani gwiazdy spadające z nieba (Und wüßten’s die Blumen, die kleinen). Gdy słyszę weselnie grające dla Ciebie, nie dla nas, flety, skrzypce i trąbki (Das ist ein Flöten und Geigen) i tę pieśń, która kiedyś mówiła o mojej do Ciebie miłości, serce mi pęka z dzikiego cierpienia (Hör’ ich das Liedchen klingen), bo okazało się, że pokochałem dziewczynę, która wybrała innego (Ein Jüngling liebt ein Mädchen).

Od tej pory nawet kwiaty w ogrodzie patrzyły na mnie z litością (Am leuchtenden Sommermorgen). Płakałem w snach i na jawie (Ich hab’ im Traum geweinet) i nawet mi się zdawało przez sen, że byłaś przy mnie, mówiąc do mnie radośnie i dając mi gałązkę cyprysu, lecz nie znajduję Cię obok po przebudzeniu i nie mogę sobie przypomnieć Twych słów ze snu (Allnächtlich im Traume).

Podobno stare bajki opowiadają o magicznej krainie, w której mógłbym uwolnić swe serce, pozbyć się bólu i być na nowo błogosławionym. Choć niekiedy widzę tę krainę w swych snach i widzę ją z czasem coraz częściej, to jednak po przebudzeniu znika mi ona jak dym (Aus alten Märchen winkt es).

Cóż mi pozostało? Muszę poszukać trumny tak dużej i ciężkiej, by zmieścić w niej i moją miłość i moje cierpienie (Die alten, bösen Lieder)

Jeśli Clara i Robert jakimś dziwnym trafem czytają moją kronikę, to bardzo byłbym ciekaw ich reakcji. Może przypomną sobie swoje szczęśliwe lata. Może oboje spojrzą sobie prosto w oczy i powiedzą do siebie nawzajem: „Ich grolle nicht”…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 436. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: