Wielokrotnie zastanawiałem się nad inspiracjami do komponowania muzyki. Nigdy dotychczas nie udało mi się sprecyzować żadnej ogólnej formuły poza oczywistym faktem, że każdy z nas tworzył to, co mu w danym momencie w duszy grało.

Poruszyć duszę najłatwiej miłością lub śmiercią, bo obie te odwieczne towarzyszki ludzkich losów wyzwalają emocje, które potrafią skruszyć najtwardsze nawet duchowe skały.

Najmocniej reagujemy na własne przeżycia, lecz równie często szukamy śladów cudzych emocji w literaturze, w mitologii lub w kanonach wiary. Zwłaszcza mity lub baśnie dzięki swej niczym niekrępowanej podatności do fantazjowania stanowią wspaniały materiał do sprawdzenia, czy jesteśmy w stanie wiernie oddać muzyką pełnię najbardziej wymyślnych emocji i najbardziej wysublimowanych myśli, planów i czynów.

Bogate osobowości mitologicznych herosów, baśniowych ideałów i literackich bohaterów otwierają kompozytorom nieograniczone możliwości do opisu ich czynów, słów i myśli za pomocą muzyki. Jak bardzo niezwykłe są takie wyzwania, wie każdy, kto słowami próbuje oddać złożoność ich psychiki.

Zrobić to samo za pośrednictwem muzyki jest jeszcze trudniej…

Niektórzy podejmują się jednak wyzwań ekstremalnych.

W siedemnastowiecznej baśni Charlesa Perraulta o okrutnym Sinobrodym, którego podejrzewano o mordowanie swoich kolejnych żon, zawarte jest pełne spektrum emocji i zachowań, dla których zrozumienia niezbędne wydają się skomplikowane psychologiczne analizy.

Czwarta żona Sinobrodego wprowadza się do jego mrocznego zamku, a znajdując się w pozbawionej okien komnacie, postanawia po kobiecemu ulepszyć świat męża, nakłaniając go wszelkimi znanymi sobie sposobami do otwarcia drzwi znajdujących się w komnacie, aby wpuścić do pomieszczenia światło.

Szczerze kochający nową żonę Sinobrody próbuje odwieść Judytę od zaglądania do kolejnych pomieszczeń, wiedząc, czym będzie się musiało zakończyć poznawanie przez nią tajemnic ukrytych za drzwiami.

Ulegając presji Judyty, wydaje jej kolejne klucze i zaczyna się muzyczna uczta. Nie widzimy, lecz słyszymy obrazy światów znajdujących się za kolejnymi drzwiami.

Za pierwszymi znajduje się sala tortur ze świeżymi jeszcze śladami krwi, za drugimi mieści się zbrojownia z porozrzucanym zakrwawionym orężem. Następne drzwi skrywają skarbiec, w którym nawet królewskie korony splamione są krwią.

Kolejne prowadzą do wspaniałego rozkwieconego ogrodu, ale wszystkie znajdujące się tam rośliny zamiast wody piją z nasączonej ziemi krew.

Sinobrody błaga Judytę, by zrezygnowała z odkrywania kolejnych pomieszczeń, lecz dziecięco kobieca ciekawość jest silniejsza od zrozumienia sygnalizowanego niebezpieczeństwa. Skoro dwie ostatnie komnaty zawierały takie cuda, to w kolejnych może być jeszcze piękniej… Krew pewnie da się wywabić, wysuszyć…

Widok prześwietnego królestwa Sinobrodego skrytego za piątymi drzwiami na tyle uspokaja Judytę, że nie zauważa nawet krwistej barwy chmur. Pomimo wyraźnych przestróg męża otwiera kolejne drzwi, o mało nie tonąc w znajdującym się tuż za nimi ciemnokrwistym jeziorze łez.

Pod pozorem wciąż zbyt małej ilości światła w komnacie uparta Judyta namiętnym pocałunkiem wymusza otwarcie ostatnich drzwi. Nie odstraszają jej nawet słowa Sinobrodego, który wyjawia Judycie, że z chwilą wejścia do ostatniego pomieszczenia czeka ich wieczna ciemność. Pożądliwa ciekawość zwycięża…

Judyta wchodzi do ostatniego pomieszczenia, dołączając do poprzednich żon Sinobrodego, świecących blaskiem biżuterii, uniemożliwiającej swym ciężarem poruszanie. Również Judyta koronowana królową nocy, przygnieciona zostaje płaszczem z diamentów. Po koronacji drzwi zamykają się za nią i ponownie nastaje ciemność… W siódmej komnacie znalazły się teraz cztery żony Sinobrodego symbolizujące ranek, południe, wieczór i noc jego okrutnego życia.

Opisania muzyką siedmiu komnat tak sugestywnie, by zbędne stały się słowa, podjął się urodzony w rumuńskiej Transylwanii Węgier Bela Bartok. Bogate brzmienie orkiestry wzbogacił śpiewanym tekstem obojga bohaterów, aby muzyką opisać także ich myśli.

To tak niezwykła opera, że aż obezwładnia. Po raz pierwszy słuchałem jej w węgierskim oryginale i to, że nie rozumiałem ani jednego słowa nie przeszkodziło mi w otwieraniu wraz z Judytą kolejnych drzwi i wyczuwałem jej beztroski upór i jakieś wiszące w powietrzu przeczucie Sinobrodego, że niedługo nacieszy się szczęściem pożycia z nową żoną.

To fascynująca muzyczna baśń napisana w XX wieku o tym, jak ludzkie popędy potrafią pchać nas w ciemność, nawet wtedy, gdy ją przeczuwamy i odczuwamy przed nią lęk, a pomimo tego nie potrafimy się powstrzymać…

Opera godna Freuda!

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 388. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: