Wszystko, co w ostatnich dniach usłyszałem od Schumannów, sprawiło, że wycofałem się z pomysłu zaproponowania niestabilnego emocjonalnie Roberta na moje miejsce w komisji weryfikacyjnej DNM-u. Mam nadzieję zresztą, że ponownie próbując zdobyć Clarę, będzie w przyszłości bardzo zajęty i oby szczęśliwy.

Pozostał mi więc Penderecki.

Docierają do mnie głosy, że jest on u nas wciąż zagubiony, jakby zawieszony gdzieś pomiędzy nami a ukochanymi Lusławicami i Krakowem. Wyraźnie woli towarzystwo drzew niż nasze, a jeśli już ktoś go o cokolwiek zapyta, zazwyczaj odpowiada: Idźcie do Elżbietki, Ona będzie wiedziała najlepiej…

Czy ktoś tak zagubiony naprawdę jest dobrym kandydatem?

Z drugiej strony estyma, jaką jest on zewsząd otoczony, aż razi po oczach. Jeszcze za życia było tak, że przy wielu okazjach ważnych dla historii jego ojczyzny i dla cywilizacji ogólnie, dla roli religii w życiu społeczeństw, dla wydarzeń niezwykle ważnych społecznie, to właśnie Penderecki stawał się pierwszym pożądanym kompozytorem do uświetniania.

On sam angażował się chętnie, choć selektywnie, mówiąc, że interesują go tylko „tematy wielkie i uniwersalne”, bo „szkoda czasu na drobiazgi”.

Efektem takiego podejścia są kompozycje na Millenium Chrztu Polski, na 700-lecie katedry w Münster, 800-lecie kościoła św. Tomasza w bachowskim Lipsku, 1200-lecie katedry w Salzburgu, w której ochrzczony był Mozart, z okazji 600-lecia Uniwersytetu Jagiellońskiego, 200-lecia ogłoszenia we Francji Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela, 200-lecia proklamowania Stanów Zjednoczonych, 200-lecia urodzin Chopina, na prośbę Lecha Wałęsy dla polskiej „Solidarności”, 25-lecia istnienia ONZ, a także te dedykowane Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II, Prymasowi Tysiąclecia Stefanowi Wyszyńskiemu, Ojcu Maksymilianowi Kolbe, bohaterom Powstania Warszawskiego i  Warszawskiego Getta, te poświęcone Ofiarom Katynia, Ofiarom Holocaustu, rocznicy likwidacji Getta w Łodzi, 100. rocznicy wybuchu I wojny światowej, 100. rocznicy ludobójstwa Ormian, i te pisane dla uczczenia 850-lecia Moskwy, 1000-lecia Gdańska, 3000 lat Jerozolimy, 50-lecia wyzwolenia Korei, czy wreszcie dla uświetnienia setnej rocznicy odzyskania niepodległości przez jego ukochaną Polskę.

Muszę przyznać, że ten niepełny przecież zestaw zleceń napływających z całego świata jest zaiste imponujący. Jeśli jeszcze wziąć pod uwagę jego fascynację Bachem, Chopinem, kulturą prawosławia, muzyką Żydów i cywilizacją Chin, to chyba trudno będzie mi znaleźć lepszego kandydata na moje miejsce.

Zaświtała mi nawet w głowie szalona myśl, która mogłaby go skłonić do podjęcia się tej roli, ale muszę to najpierw głęboko przemyśleć i wcześniej przegadać przynajmniej z Bachem i Haendlem. Może to już właściwy czas, abyśmy „zatrudnili” w DNM-ie prawdziwego menedżera i coś mi podpowiada, że Penderecki zna właściwą osobę na to miejsce. Pomyślę i porozmawiam z innymi. Nie ma pośpiechu, jeszcze mamy czas…

Zdumiało mnie, jak wiele dzieł Pana Krzysztofa opartych jest na tekstach sakralnych. W muzyce współczesnej chyba tylko Messiaen mógłby mu dorównać pod tym względem. Zdumiało mnie również i zafascynowało to, że Penderecki otwarcie mówił, że z wiarą w Boga bywało u niego różnie, ale, że to właśnie dzięki swojej muzyce pozostał wierzącym.

Dawał wyraz religijnym przekonaniom od pierwszych kompozycji pisanych w komunistycznej Polsce, które jak sam podkreślał, były swoistym „wołaniem do Boga”.

Być może to właśnie pragnienie, aby jego muzyka była łatwiejsza w odbiorze dla liczniejszej grupy chcących porozmawiać z Bogiem, sprawiło, że z czasem zrezygnował z nowatorskich eksperymentów, zachowując jednocześnie swój wybitny język muzyki i charakterystyczne brzmienie, a tym, którzy mu wtedy zarzucali eklektyzm, odpowiadał: „To nie ja zdradziłem awangardę, to awangarda zdradziła muzykę”.

Gdy Helmuth Rilling, mistrzowski interpretator muzyki Bacha, zwrócił się do Pendereckiego o skomponowanie mszy, nie musiał długo prosić. Pan Krzysztof (jak mnie złości ta sztuczna celebracja, chyba pójdę do niego szybciej, niż zakładałem) odczekał wprawdzie do Wigilii Świąt Bożego Narodzenia, bo większość ważnych kompozycji rytualnie zaczynał właśnie w ten dzień, tworzył przez pełne dwa lata i w końcu zamiast całej mszy pozostał wyłącznie przy samym wyśpiewywanym podczas nabożeństwa wyznaniu wiary, ale nikt nie odważył się podważyć sensu słów Pendereckiego, że Credo we mszy i w życiu wierzącego jest absolutnie najważniejsze, a muzyka „jest próbą zbliżenia się do Boga przez abstrakcję”.

Nie spodziewałem się aż takiej muzycznej uczty, choć na początku nie było łatwo, a i z wyborem optymalnego dla mnie wykonania nie trafiłem od razu. Po raz pierwszy w historii pisania kroniki cisnęła mi się do mózgu myśl, żeby nazwać tę muzykę „intelektualną”. Ta percepcja niesłychanej precyzji wyrażania znaczenia każdego użytego słowa, ta przemyślność wprowadzania efektów, których równie dobrze wcale nie musiałoby być, ten powszechnie panujący w jego muzyce ład, powaliły mnie na kolana i sam do siebie szepnąłem: Wierzę w potęgę muzyki i niech ta moja wiara trwa na wieki…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 439. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: