Choć trudno dzisiaj w to uwierzyć to jednak w pierwszych dekadach XX wieku w ogarniętej rewolucjami Rosji przekształconej w 1922 roku w Związek Radziecki, kompozytorem dużo bardziej popularnym od Czajkowskiego był Reinhold Glière. Ten Rosjanin urodzony z matki Polki i ojca – niemiecko-belgijskiego Żyda zapisał się na długie lata przede wszystkim tym, że był mentorem, nauczycielem i wychowawcą takich gwiazd sowieckiej muzyki jak Prokofjew, Miaskowski i Chaczaturian. Na szczęście dziś znów docenia się go również jako kompozytora.

Od dawna dziwiło mnie, że uczniowie Reinholda zachowywali się tak, jakby wstydzili się znajomości z nim. Nie znając realiów radzieckiego świata kultury, długo myślałem, że powodem tego zachowania jest słaba jakość kompozycji ich nauczyciela i dopiero dziś usłyszałem długą rozmowę przy sąsiednim stoliku, przy którym usiedli wszyscy trzej, a po chwili dołączył do nich Szostakowicz.

Naprawdę nie chciałem podsłuchiwać, ale Rosjanie rozmawiali na tyle głośno, że słyszałem wszystko doskonale bez konieczności regulacji swojego Phonaka. Moją uwagę przykuło zdanie wypowiedziane przez Prokofjewa, który dość mało życzliwym tonem powiedział: „to był taki dobrze odżywiony kot”.

Od słowa do słowa okazało się, że mowa jest właśnie o Reinholdzie Glièrze, który nie tylko uczył siedzących niedaleko mnie Rosjan w Konserwatorium Moskiewskim, ale był również przez lata przewodniczącym Związku Kompozytorów Radzieckich i delikatnie powiedziawszy, nigdy nie sprawił kłopotu karmiącym „kota” sowieckim władzom państwowym. Z dalszej rozmowy jasne stało się, że to właśnie polityczny konformizm Glière’a nie przysporzył mu sympatii ani poważania.

Co ciekawe szczególnie ostro wypowiadał się o Glièrze Szostakowicz, a ja przez chwilę pomyślałem, że bardziej niż o koledze Dymitr mówił o sobie samym i w martyrologicznym tonie przypominał swoim krajanom o represjach, jakich doznał od radzieckich władz. Jako przykład kontrastującej z jego doświadczeniami postawy Glière’a, Dymitr przypomniał im skomponowany przez Reinholda „Marsz Armii Czerwonej” i „Uroczystą uwerturę na XX. Rocznicę Rewolucji Październikowej”.

Niespodziewanym obrońcą Glière’a okazał się Prokofjew, który z całkowitą powagą nawiązał do wcześniejszej swojej wypowiedzi:

– Przyznajcie jednak panowie, że ten „tłusty kocur” naprawdę miał talent i nikt raczej nie nazwie jego dzieł „kocią muzyką”. Na dodatek, pomimo tego, że w czasach modernizmu wielu go za to wyśmiewało, komponował, jakby wciąż tkwił w epoce Czajkowskiego. Porównajcie sobie chociażby „Pietruszkę” Strawińskiego i „Trzecią” Reinholda, które powstały dokładnie w tym samym roku. To doprawdy nie do wiary, ale oni obaj tworzyli muzykę bazującą na rosyjskim folklorze i tradycji, choć efekt jest tak niewiarygodnie odmienny.

– Masz całkowitą rację Sasza – Miaskowski wstał od stolika, otrzepał okruszki z ubrania, przysunął krzesło i dokończył: … widzę, że wszyscy zjedli, może dokończymy rozmowę podczas spaceru?

Rosjanie wstali i wyszli, a ja pozostałem przy swoim stoliku z niezaspokojoną ciekawością. Postanowiłem szybko wrócić do siebie i póki pamiętam wyszukać symfonię Glière’a, o której mówił Siergiej. Już pierwsze wykonanie pod Scherchenem wprawiło mnie w zdumienie. Ta kolosalna, prawie 80-minutowa symfonia jakby składała się z czterech barwnych poematów symfonicznych ilustrujących opowiadane historie.

Plastyczność muzyki skłoniła mnie do odszukania jej programu i był to strzał w samo centrum tarczy. Kolejne wykonania tej monumentalnej symfonii nabrały jeszcze większego kolorytu, bo zrozumiałem, co Glière opisywał i w jaki sposób. Poszczególne instrumenty przybrały spersonifikowane kształty, kolejne muzyczne tematy nabrały treści, a całość stała się pasjonującą opowieścią z rosyjskich mitów.

Znając treść legendy, podczas słuchania kolejnych wykonań symfonii Glière’a zobaczyłem nieruchomą postać mężczyzny siedzącego na przypiecku, którego odwiedziło dwóch wędrownych pielgrzymów obdarzonych darem uzdrawiania. Pielgrzymi, a raczej legendarni „niebiańscy posłańcy” nakazują niezdolnemu od urodzenia do chodzenia kalece powstać i ruszyć w drogę, aby dokonać bohaterskich czynów jako Bogatyr Ilja Muromiec.

Razem z muzyką Glière’a stawiałem pierwsze niezdarne kroki o własnych siłach, ruszając za wskazówką pielgrzymów na poszukiwanie wojownika Światogora, postaci tak potężnej, że jego hełm rozrywał chmury, a ziemia z trudem mogła unieść jego ciężar ukazany basowym brzmieniem trąbek i puzonów. Aby spełniła się przepowiednia, Światogor wpada do wielkiej trumny, z której z powodu swej wagi nie potrafi się wydostać. Przed śmiercią przekazuje wszystkie swe moce Muromiecowi, zobowiązując go do wiernej służby Matce Rosji.

Ilja rusza na latającym rumaku w stronę stołecznego Kijowa, a wir wzniecony przez konia z jeźdźcem pokonujących susami rzeki, jeziora i całe miasta długo rozbrzmiewał mi w uszach. Przelatując nad szumiącym dźwiękami smyczków ciemnym lasem, Ilja musi zmierzyć się z nagłym przeraźliwym hałasem. Przenikliwe dźwięki gwizdów ptaków i wycia wichur wystarczały dotychczas mieszkającemu w lesie potworowi Słowikowi w postaci pół-ptaka pół-człowieka na pokonywanie śmiertelników, ale nie zadziałały ani na Ilję, ani na jego magicznego rumaka.

Zaskoczony tym nadprzyrodzony rozbójnik postanawia zastąpić zabójczą muzykę ptasich świstów na kuszące zmysłowe odgłosy trzech swoich pięknych córek, ale Ilja opiera się tej pokusie. Jego koń również…

Ilja trafia piszczącego Słowika w prawe oko strzałą ze srebrnej stali, przywiązuje rannego potwora do strzemienia i nie zważając na wzmagający się hałas orkiestry ptaków, córek i wiatru rusza w dalszą drogę do Kijowa na dwór księcia Włodzimierza, opuszczając cichnący z każdym susem konia las.

Po przybyciu na biesiadnie roztańczony bajkową muzyką dwór księcia uwolniony na chwilę Słowik wzbudza potężny hałas naginając dach pałacu i przewracając wszystkich rycerzy i dworzan. Tylko książę Włodzimierz „Potężne Słońce” ustał na nogach. Ilja ścina Słowika jednym uderzeniem miecza i ta demonstracja siły sprawia, że wszyscy uznają go za Bogatyra, a książę czyni go przywódcą armii wystawionej przeciwko mongolskim Tatarom ze Złotej Ordy.

Ilja i książęcy Bogatyrowie pokonują pogan w bitwie trwającej dwanaście dni i nocy, a wojowie rozochoceni zwycięstwem wyzywają do boju Niebiańską Armię. Długo nie musieli czekać…

Pojawia się motyw znany z początku symfonii i na czele Niebiańskiej Armii widzimy tych samych dwóch pielgrzymów, którzy odwiedzili kiedyś unieruchomionego kalekę. Książęcy Bogatyrowie jeden po drugim zostają zamienieni w nieruchome kamienie. Ostatnim skamieniałym jest Ilja Muromiec, któremu w śmiertelnym widzie migają przed uszami muzyczne wspomnienia ułożone we wstecznej kolejności aż do momentu odwiedzin niebiańskich posłańców. Bezruch z początku symfonii powrócił, zastygając w dźwiękach kontrabasów…

Piękny obraz!

To dzieło to katedra w dźwięku, która rozwija się w barwach zapierających dech w piersiach, w poezji i monumentalnych punktach kulminacyjnych, które łączą ozdobiony klejnotami starożytny rosyjski obraz prawosławia z brutalnym pogaństwem” (JoAnn Falletta).

Ja w tej symfonii zobaczyłem muzykę w najdrobniejszych szczegółach…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 344. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: