Wieść o tym, że dotarł do mnie kurier z przesyłką, rozeszła się lotem błyskawicy.

Żydzi zaczęli planować sieć sklepików, Jankesi tworzyć w pośpiechu szablony umów barterowych, a Polacy z Węgrami… chyba coś konspirują…

Od jakiegoś czasu codziennie widzę w stołówce Witolda nachylonego do Béli i szepczącego coś w wielkiej ekscytacji…

Może mówią o tegorocznej nagrodzie „Gramophonu” za wykonanie koncertu…?

Od czasu, gdy niejaki Tetzlaff nagrał oba koncerty skrzypcowe Béli pod dyrekcją Hannu Lintu ci, którzy lubią muzykę XX wieku, zwrócili baczniejszą uwagę na dokonania obu tych dżentelmenów.

Okazało się m.in., że Lintu razem ze swoją fińską orkiestrą wykonał również kilka dzieł Lutosławskiego. Może właśnie to połączyło Bélę i Witolda?

Swoją drogą ciekawe, jaką drogę przeszedł ten Polak… Z perspektywy czasu i dzisiejszych brzmień jego „Pierwszą” można byłoby uznać wręcz za klasyczną. Później nowatorskie „Gry weneckie” i „Łańcuchy”, potem niemalże romantyczny koncert dedykowany Zimermanowi i wreszcie „Czwarta” tak zróżnicowana, jakby miała podsumować całą twórczość…

Wystarczyło na nich spojrzeć, aby się przekonać, że chyba jednak coś knują…!

Gdy do Béli i Witolda dołączyli, rozglądając się czujnie naokoło, Zoltán i Ignacy przeczuwałem nie lada kłopoty…

To 47. odcinek opowieści o mieszkańcach Domu Nieśmiertelnego Muzyka, która z czasem przekształci się w cykl „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: