Od czasu do czasu przychodzi mi pisać o muzyce, która mnie… onieśmiela. Długo zastanawiałem się nad poprawnością użycia tego słowa, ale moja podświadomość powstrzymywała mnie przed każdym innym określeniem i dopiero gdy uległem, odsłaniając przed wszystkimi stan swojego onieśmielenia, poczułem uwalniającą oddech ulgę.

Nie potrafię wytłumaczyć, w czym tkwi fenomen skonfundowania mojej duszy muzyką, która szeroko uchyla przede mną drzwi prowadzące wprost na czubek pióra, spod którego jak krople potu lub łzy kapią na papier kolejne nuty…

Może problem tkwi w tym, że pomimo tego, że jestem jej tak blisko, to w pełni zdaję sobie sprawę, że ta muzyka nie jest jednak moja, nie ja ją z siebie wyrwałem…

Na ironię zakrawa fakt, że jednym z takich utworów jest kompozycja tego, który zarzekał się, że tworzenie w sposób odsłaniający „miękkie podbrzusze” twórcy jest wstydliwe i krępujące, i że „nie ma nic wulgarniejszego niż opisywać dźwiękami swoje wnętrze„.

Żeby chronić dostęp do głębi swoich myśli, Maurice Ravel zawsze szukał zewnętrznej kanwy swoich utworów. Żeby pisać o miłości i o erotyce, potrzebował pretekstu z antycznej literatury, w której zmysłowość była naturalną pokusą niezależną od płci tych, których dotyczyła, choć nie zawsze była czysta i niewinna.

Piękny 15-letni pasterz kóz Dafnis jest obiektem pożądania i dziewcząt, i mężczyzn, i niewiele brakowało, a zostałby wbrew sobie oddany na seksualną posługę zakochanemu w nim Gnatonowi.

Szczęśliwie uwolniony od tego przymusu staje do zawodów, w których nagrodą jest pocałunek 13-letniej Chloe, za którą spragnionym wzrokiem spoglądało wielu chłopców i mężczyzn, ale także i nimfy z greckiej wyspy Lesbos gotowe były dla niej zejść ze swych posągów.

Pierwszy wyczekiwany pocałunek wyzwolił w chłopcu męskość. Postanawia poślubić Chloe najszybciej, jak się da. Za jeden z ważniejszych męskich obowiązków wobec przyszłej żony uznaje konieczność bycia dla niej doświadczonym kochankiem, który będzie umiał wprowadzić niewinną dziewczynę również w świat erotycznych przejawów miłości.

Z takim zamiarem pobiera „lekcje” u kurtyzany Lykajnion, a gdy któregoś dnia widzi, z jak wielkim zainteresowaniem Chloe obserwuje go podczas kąpieli w strumyku, wie już całym sobą, że oboje za wszelką cenę dążyć będą do spełnienia danego im przez naturę pożądania, które prawdopodobnie przekształci się też w miłość.

Porwanie Chloe przez piratów, ryzyko odrażających gwałtów, cierpienie rozłąki oraz zbawienny udział nimf i boga Pana w uwolnieniu dziewczyny utwierdza oboje w tym, że są sobie przeznaczeni, a potrzeba fizycznej bliskości jawi się im jako naturalne i oczywiste dopełnienie boskiego planu.

Ich ponowne spotkanie sprawia, że z tęsknoty, ale i z ulgi uwolnienia się od innych, którzy pożądali ich niewinności, wyznają sobie miłość, a po ślubie udzielonym im przez starego pasterza Lamona tulą się do siebie i tak bardzo są siebie spragnieni, że niecierpliwa, rozedrgana, pulsująca, dynamicznie rytmiczna muzyka prowadzi ich aż na sam szczyt miłosnych uniesień…

Czułem się onieśmielony, podglądając tych dwoje młodych kochanków, lecz pomimo lekkiego zawstydzenia nie potrafiłem oderwać uszu i razem z nimi doszedłem w finale do muzycznej ekstazy, a teraz zmęczony uśmiecham się i do nich, i do samego Ravela. Jeśli jemu wydaje się, że w tym przepięknym balecie zdołał ukryć swoje pragnienia i potrzeby, to ja mu absolutnie nie uwierzę! Mnie nie zwiedzie!

INSPIRACJA WPISU: