Rzadko kiedy zdarza się, że bohaterowie moich wpisów dziękują mi za poświęcenie im czasu. Tym bardziej miłą niespodzianką była dzisiejsza scenka podczas wieczornego posiłku.

Specjalnie jakby chciał to zrobić przy największej publiczności, Bela Bartók odczekał aż do podania deserów i dopiero wtedy podszedł do mojego stolika z porcją musu z ambrozji, by stając przede mną w pozie usłużnego kelnera, wypowiedzieć najgłośniej jak potrafił:

– Chciałem ci mistrzu wyznać swoje uwielbienie, ale boję się, że potraktujesz to jako rewanż za wczorajszy wpis. Pozwól więc, że zamiast mówić własnymi słowami, zacytuję mojego młodszego o pokolenie rodaka György’ego Kurtága, który stwierdził kiedyś tak: „Moim językiem ojczystym jest Bartók, a językiem ojczystym Bartóka był Beethoven”.

– Kurtág znał mnie znakomicie i wiedział o mnie wszystko, więc możesz w te słowa bez wahania uwierzyć. Patrząc na kalendarz, możemy się zresztą niedługo spodziewać, że zawita do nas na stałe, a wtedy pewnie potwierdzi każde wypowiedziane słowo.

– Muszę przyznać, że czekam na niego z zaciekawieniem. Gdy dowiedział się, że wracam po wojennej emigracji do Ameryki i że obejmę katedrę kompozycji w budapesztańskiej Akademii Muzycznej, pokonał wiele trudności, lecz dotarł do Budapesztu, by zostać moim uczniem.

– W dniu, w którym otrzymał pozytywny wynik egzaminu wstępnego, dotarła do Europy informacja o mojej śmierci. Mówiono o mnie wtedy, że Węgry straciły muzycznego ojca…

– Zwróciłem specjalną uwagę na Kurtága, gdy w swoim najlepszym dziele orkiestrowym odwołał się do motywu mojego „jeziora łez” z „Zamku Sinobrodego”.

– Jeśli zechcesz posłuchać jego „Steli”, to szybko przekonasz się także, że jego również słowa o wpływie twojej muzyki nie były czcze. Pierwszy akord to bezpośrednie odwołanie do twojej mistrzu trzeciej uwertury do „Fidelia”.

– Chciałbym go poznać i zrozumieć, co takiego zdarzyło się w jego życiu, bo choć był szczęśliwie żonaty, to jednak nie miłość była główną motywacją jego dzieł, lecz śmierć.

– „Stela” jest rzeczywiście pomnikiem pośmiertnym dla jednego z jego przyjaciół, a mnie zafascynował sposób, w jaki pod koniec XX wieku można było wyrazić lament z powodu utraty kogoś bliskiego.

– Krótka czterominutowa środkowa część tej „symfonii żałobnej” jest nie tylko odzwierciedleniem przeżytego afektu, ale również i swoistym manifestem.

– Kurtág powiedział, że chce, aby przyszli wykonawcy starali się o uzyskanie efektu sceny bitwy pod Austerlitz wziętej wprost z „Wojny i pokoju” Tołstoja, w której ranny zostaje książę Andrzej Bołkoński – adiutant Kutuzowa – naczelnego wodza wojsk carskich.

– Bitewny zgiełk towarzyszy upadkowi księcia trzymającego do ostatniej chwili sztandar w dłoni, lecz zanika z chwilą, gdy jedynym widokiem ciężko rannego żołnierza staje się rozchylające się nad nim niebo.

– Ten widok zapraszającego nieba dominuje nad bólem i wstydem porażki, i kusi, by wyruszyć w ostatnią podróż, lecz uchylone niebo przesłania nagle cień ratującego mu życie wroga w trójkątnym kapeluszu….

– W tołstojowej bitwie pod Austerlitz książę Bołkoński przeżywa uratowany przez Napoleona sięgającego po zdobyczny sztandar. Ginie dopiero po odniesieniu ciężkich obrażeń w krwawej bitwie pod Borodino.

– Kurtág swojego bohatera, któremu odebrano widok nieba, prowadzi w dramatycznym marszu aż do ostatniego oddechu i robi to w taki sposób, że podświadomie odczuwamy potrzebę pozostawienia po nim pamiątkowej steli.

– Mnie to muzyczne pożegnanie mocno poruszyło…

Bartok spojrzał na mnie i dopiero wtedy dotarło do niego, że przez cały jego wywód nie odezwałem się ani jednym słowem. Lekko się zawstydził i powiedział:

– Jeśli myślisz mistrzu, że przesadzam, to skuś się proszę i posłuchaj tej „Steli”. Nie pożałujesz!

Nie powiedziałem mu tego, ale podobała mi się jego opowieść i ta emocjonalnie zaangażowana promocja młodszego rodaka. Nawet wzmianka o Tołstoju, który naopowiadał na mój temat tyle głupot, nie powstrzyma mnie od posłuchania Kurtága i to jeszcze zanim się u nas pojawi…

INSPIRACJA WPISU: