Od Franza Berwalda dowiedziałem się, że ustalaniem harmonogramu dyżurów zajmuje się obecnie w DNM-ie Alban Berg. Trochę mnie to zdziwiło, bo wydawało mi się dotychczas, że Austriak to raczej przykład osobnika roztrzepanego, niefrasobliwego i dość leniwego, ale widocznie jednak germańskie zamiłowanie do porządku odegrało jakąś rolę w tym, że podjął się on tego zadania.

Berwald uprzedził mnie też, bym nie szukał Albana ani w jego pokoju, ani u Schoenberga – jego dawnego nauczyciela i mentora, bo ostatnio większość czasu Berg spędza podobno u swego najszczerzej uwielbianego mistrza, którym wcale nie okazał się Arnold, lecz sam Mahler.

Informacje o złożonych relacjach pomiędzy Bergiem i Schoenbergiem docierały do mnie już wcześniej a pierwszym sygnałem była historia opowiedziana mi kiedyś w żartobliwym tonie przez Mahlera o tym, jak to z powodu niezadowolenia publiczności i Arnolda z nowej muzyki Albana przerwany został koncert w Wiedniu i nie doszło do wykonania zaplanowanych jako zwieńczenie wieczoru pieśni „Kindertotenlieder” Gustava. No cóż, zdarza się!

Znajomość Arnolda i Albana rozpoczęła się zresztą całkiem przypadkowo i wcale nie była przejawem realizacji marzeń młodego Berga zafascynowanego starszym i dużo bardziej doświadczonym Schoenbergiem.

Arnold dla podbudowania swojej muzycznej pozycji intensywnie poszukiwał uczniów i w tym celu zamieścił nawet w prasie stosowny anons, który przypadkowo wpadł w ręce niezbyt wyedukowanego muzycznie kilkunastoletniego Berga, szukającego właśnie sposobu, aby oddalić się z rodzinnego majątku Berghof w Karyntii, w którym bez zbytniego żalu pozostawił o 15 lat starszą służącą Marie Scheuchl, z którą spłodził niedawno córeczkę Albinę.

Uczniem Schoenberga został w 1904 i dzielnie próbował nadążać za wymagającymi oczekiwaniami swojego nauczyciela w zakresie kontrapunktu, teorii muzyki, harmonii, a po trzech latach nauki również i kompozycji.

Był krnąbrnym uczniem, który od początku nie ukrywał żalu za odrzucaną przez swojego nauczyciela tonalnością na rzecz 12-tonowej atonalności. Z czasem stał się jednak uczniem zaślepionym charyzmą Schoenberga i fanatycznie podporządkowanym swojemu mistrzowi. Zerwanie tak silnych więzów wymagać musiało niezwykłej siły i poważnych powodów.

Jednym z takich powodów niewątpliwie stały się wydarzenia po tym skandalizującym koncercie z 1913 roku, o którym wspominał mi już Mahler, a podczas którego Schoenberg postanowił zaprezentować wiedeńskiej publiczności utwory dwóch swoich najlepiej rokujących uczniów: właśnie Berga i Antona Weberna.

Koncert nie cieszył się zbyt dużym zainteresowaniem nawet pomimo tego, że na nowe wystawienia utworów Mahlera zawsze czekał cały muzyczny Wiedeń. Chcąc zapewnić przedstawieniu liczną publiczność Adolf Loos – jeden z przyjaciół Schoenberga uważający go za „największego geniusza muzycznego swoich czasów”, wykupił kilkadziesiąt biletów i rozdał je przypadkowym osobom na wiedeńskich ulicach. Na koncercie dość mocno awangardowej muzyki znaleźli się w ten sposób i bezdomni, i bezrobotni, i bezkulturalni. Często w jednej i tej samej osobie wszyscy oni trzej…

Okrzyki niezadowolenia, gwizdy, syki, świsty i pohukiwania towarzyszyły orkiestrze i dyrygującemu nią Schoenbergowi już podczas utworu Weberna (Sześć utworów na orkiestrę), lekko przycichły na pieśniach von Zemlinsky’ego, by głośno powrócić w trakcie „Symfonii kameralnej” Arnolda i wybuchnąć w swym apogeum przy dwóch pieśniach Berga.

Sala koncertowa zamieniła się w pole bijatyki wszystkich ze wszystkimi i dopiero całkowite wygaszenie świateł w złotej Wielkiej Sali Musikverein sprawiło, że rozróba ucichła, bo zupełnie nie było widać, kto jest bity, ani też od kogo obrywało się kolejne ciosy.

Najsłynniejszym uderzeniem tego przedziwnego koncertu okazał się soczysty policzek wymierzony przez organizatora spektaklu Erharda Buschbecka operetkowemu kompozytorowi Oscarowi Strausowi, który powiedział później podczas sądowej rozprawy o pobicie, że ten klaps policzkującego był „najczystszym dźwiękiem podczas całego tego koncertu”…

Pełna odpowiedzialność za niepowodzenie koncertu, którego nie udało się dokończyć i publiczność nie usłyszała już pieśni Mahlera, spadła na Berga. Wściekły Schoenberg, wykorzystując swoją absolutną dominację nad uczniami, urządził Albanowi karczemną połajankę, którą biedny uczniak ledwo strawił.

„Zemsta” Berga była jednak słodka. Na 40. urodziny swego nauczyciela przygotował „Trzy utwory na orkiestrę” i zadedykował je Schoenbergowi „z niezmierną wdzięcznością i miłością”.

Pozorną poddańczość sygnalizował również liścik dołączony do kompozycji, w którym Berg informuje swojego mistrza, że „dał z siebie wszystko” i że podążał za wszystkimi jego niezapomnianymi „zachętami i sugestiami”, które szczerze wziął sobie do serca…

Niby wszystko wyglądało pięknie i układnie, ale szybko okazało się, że dzieło Berga nie zawiera zbyt wielu odniesień do muzyki Schoenberga, lecz nawiązuje klimatem i cytatami do Mahlera, przywołując jego „Trzecią”, „Piątą”, „Szóstą” i przede wszystkim „Dziewiątą”. Skala uwielbienia dla Mahlera jest tak mocno widoczna, że te „Trzy utwory na orkiestrę” często nazywane są „Jedenastą” symfonią Gustava, a Michael Tilson Thomas posunął się jeszcze dalej i doceniając wybiegające daleko w przyszłość nowatorstwo dzieła Berga, nazwał je „Trzynastą” Mahlera.

Stało się jasne, że urodzinowy prezent Berga był jego deklaracją chęci muzycznego uwolnienia się od dominującego wpływu Schoenberga, a ostatecznym symbolem tej próby stało się umieszczenie w finale kompozycji motywu fatum z mojej „Piątej”. Tak, tak, Alban Berg sięgnął po moją muzykę w prezencie dla Arnolda! Szok!

Kwestie widocznych w „Trzech utworach na orkiestrę” muzycznych i psychologicznych aspektów uzależnienia od Schoenberga i…, jak widać, również od Mahlera, do dziś są tematem licznych opracowań, z których niektóre sięgają nawet 600 stron tekstu (np. u Melchiora von Borriesa) i sądzę, że tyle wystarczy.

Powiem tylko tyle, że bardzo cieszę się z tego, że choć w niewielkim stopniu przyczyniłem się do wyzwolenia Berga. Jego uwolniona muzyka stała się bardziej emocjonalna, bardziej ekspresyjna, bardziej przystępna i w sposób konsekwentny ewoluowała aż do stworzenia przepięknego elegijnego koncertu skrzypcowego poświęconego zmarłej Manon Gropius.

Berg i jego żona Helene traktowali córkę Almy Mahler i Waltera Gropiusa jak swoje dziecko, a przewrotność losu sprawiła, że poświęcony jej koncert stał się jednocześnie muzycznym epitafium dla samego Berga, który zmarł pół roku później w wyniku sepsy po zakażeniu z powodu bezmyślnego przecięcia wrzodu u Albana przez jego żonę…

Życie potrafi być banałem, ale jak nazwać taką śmierć?

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 449. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: