Muszę przyznać, że prowadzenie kroniki zupełnie niespodziewanie wyzwoliło we mnie nieznaną mi wcześniej ciekawość obserwacji. Doszło nawet do tego, że w stołówce przesiadłem się do stolika pod ścianą, jedynego na niewysokim podeście przeznaczonym kiedyś do wygłaszania sporadycznych komunikatów organizacyjnych.

Dopiero stąd miałem świetny widok na całą salę. Nie uchodziły już teraz mojej uwadze żadne sprzeczki, konflikty, smutki, euforie czy też romanse lub zaloty.

Gdy więc przy węgierskim stoliku Bartók wyściskał dzisiaj Kodály’ego, nie mogłem tego nie zauważyć. Nie powinno mnie to zbytnio dziwić, bo od czasów ich wspólnych wypraw w poszukiwaniu tradycyjnych ludowych melodii, które nie przesiąkły jeszcze cygańską nutą, ich przyjaźń była trwała i niezachwiana.

Aż mnie korciło, by podejść do Węgrów i wypytać o powód ich radości, ale widząc Bélę i Zoltána w tak świetnej komitywie, uznałem, że nie będę się wtrącać i psuć im zabawy. Poczekam…

Kodály prędzej czy później i tak pojawi się gdzieś w pobliżu. Podobnie jak za życia Zoltán wciąż przejawia mocne zapędy edukacyjne i nawet tu w DNM-ie wśród zawodowych muzyków próbuje nas uczyć, czasami nawet pouczać, co nie wszystkim przypada do gustu.

Cenię go za to, że aby uczynić muzykę łatwą i atrakcyjną upowszechnił nawet metodę, która poprzez powiązanie układu dłoni z nazwami nut oraz gestów ręki z melodią muzyki sprzyjała edukacji muzycznej dzieci „śpiewających razem z ręką“.

To naprawdę świetny pomysł, ale dla dzieci, a nie u nas. To wręcz irytujące, gdy Zoltán nagabuje wszystkich, oczekując potwierdzeń, że „muzyka ma na celu rozwinięcie całej osobowości, intelektu i emocjonalności“, bo jest „duchowym pokarmem dla każdego“.

Czy on naprawdę myśli, że odkrył Amerykę, mówiąc wszem wokół, że „muzyka jest częścią podstawowego dziedzictwa ludzkości i jest niezbędna dla rozwoju każdego człowieka“, a muzyczna edukacja powinna być rozpoczęta jak najwcześniej „tak, aby nie była to tortura, ale radość dla ucznia“.

Naprawdę mamy go wszyscy dość, gdy chodzi i wygłasza te swoje mądrości, że „jeśli w najbardziej podatnym okresie – między szóstym a szesnastym rokiem życia – dziecko przynajmniej raz nie zostanie napełnione życiodajnym strumieniem muzyki, to później nie będzie mu to potrzebne“. Też wymyślił… Przecież każdy z nas doskonale to wie!

Zoltán ma chyba ten upór po matce. A może po pradziadku z Polski, który podobno był barskim konfederatem. Sam nie wiem. Kiedyś go o to zapytam… A w zasadzie czemu miałbym to odkładać?

Zszedłem ze swego podestu, a zbliżając się do Węgrów, słyszałem ich rubaszny śmiech i widziałem ich wyraźne podekscytowanie. Usłyszałem nawet słowa „seks”, „podniecające” i zwątpiłem, czy aby na pewno Zoltán i Béla rozmawiają o muzyce…

– W dniu wypowiedzenia wojny – usłyszałem Kodály’ego – byłem z żoną w Zermatt, w Alpach Szwajcarskich. Musieliśmy natychmiast opuścić hotel i ciężarówką dostaliśmy się do jakiejś wioski przy granicy z Tyrolem. Kilka dni czekaliśmy na możliwość powrotu do Budapesztu i w tym niespokojnym przedwojennym czasie i w tym jednocześnie pięknym majestacie gigantycznych gór wpadłem na pomysł duetu skrzypiec i wiolonczeli…

Zoltán odwrócił się i dopiero wtedy mnie zauważył. Przełknął głośno ślinę, skłonił się w moją stronę ledwo zauważalnym gestem, po czym… odwrócił się i kontynuował:

– Mój przyjaciel Béla Bartók przyniósł mi dzisiaj nowe wykonanie tego duetu i uszczęśliwił mnie nad wyraz. Oba instrumenty tworzą tu nie tylko duet – one są parą! Rozmawiają ze sobą, sprzeczają się i godzą, ale cały czas wiją się wokół siebie. Gdy wiolonczela wygłasza przemowę, to skrzypce tylko od czasu do czasu próbują jej wejść w słowo, choć cały czas mruczą coś pod nosem. Gdy skrzypce zaczepnie szarpią struny, to wiolonczela co rusz przypomina o sobie groźnym pomrukiem.

– Ten dialog nie był chyba jednak zbyt udany, bo z czasem każdy przez dłuższą chwilę mówi jakby wyłącznie do siebie. Dopiero gdy skrzypce wyciągają smyczek na zgodę, a wiolonczela po cichutku i udając, że robi to niechętnie, wraca do rozmowy, to tak się jakoś zdołały ze sobą dogadać, że ich coraz bardziej dynamiczna rozmowa kończy się eksplozją dźwięków i mocną zadyszką…

Zoltán wyglądał, jakby widział, jakby podglądał… Nawet Bartók przyglądał mu się lekko zawstydzony, jakby i on podglądał podglądającego…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 433. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU:

https://open.spotify.com/album/5HWjD81KIiH8S6hQcAePxJ