Nie doceniłem determinacji Sibeliusa. Okazało się, że jego zainteresowanie Stenhammarem nie było chwilową interesowną zachcianką, ale może raczej czymś w rodzaju przyjacielskiej przysługi dla miłego kompana niejednej wspólnie przeżytej libacji.

Sibelius cenił twórczość Szweda, ale chyba jeszcze bardziej szanował go za wyjątkowo mocną głowę. Z kilku źródeł słyszałem opowieści o koncercie w Teatrze Olympia w Sztokholmie, który był zagranicznym debiutem Jeana, a w którego czasie właśnie Wilhelm dyrygował pierwszą symfonią Fina. Podobno po spektaklu panowie spotkali się towarzysko w obecności Alfvéna i ​​Sjögrena.

Stenhammar do końca imprezy grał na fortepianie w miarę czysto, choć pod koniec często plątał ze sobą fragmenty różnych utworów, ale Sibelius, jak to oficjalnie wtedy podano, „uległ zatruciu”…

Wielokrotne następne wizyty w Sztokholmie, a później w Göteborgu, gdzie Wilhelm został mianowany głównym dyrygentem, stały się niemalże tradycją. Wiele utworów Sibeliusa miało swoje prapremiery właśnie tam i zawsze koncerty wieńczone były towarzyskimi popijawami. Czasami zdawać się mogło, że kolejne utwory Jeana powstawały wyłącznie jako pretekst do kolejnego wyjazdu.

Pod opieką Wilhelma Sibelius czuł się wolny. W Helsinkach prędzej czy później zawsze odnajdywała go Aino i mniej lub bardziej uraczonego absyntem męża nieuchronnie ściągała do domu. Do Szwecji nie docierała…

Na dodatek dochodziło jeszcze i to, że Wilhelm wręcz wielbił Sibeliusa. Po usłyszeniu jego „Drugiej” napisał: „jesteś w moich myślach codziennie, odkąd usłyszałem symfonię...”

Przyjaciele wzajemnie obdarowywali się dedykacjami swoich utworów, ale na Sibeliusie bezspornie największe wrażenie zrobiła symfonia g-moll. Imponowało mu to, że Szwed konsekwentnie szukał swojej własnej drogi na uwolnienie się od wpływu Schoenberga i po kilku latach studiowania kontrapunktu odnalazł ją w prostocie kompozycji, choć umieszczenie w finale symfonii dwóch splecionych ze sobą fug mogłoby tej tezie przeczyć.

Sibelius doceniał również i to, że Stenhammar bardzo podkreślał także w muzyce swoje szwedzkie pochodzenie, zamieszczając w kolejnych utworach wiele odnośników do ludowej muzyki ojczystego kraju.

Symfonia g-moll Stenhammara z jeszcze jednego powodu stała się wyjątkowa. W maju 1915 roku najstarsza córka Eva urodziła Sibeliusowi pierwszą wnuczkę, którą ochrzczono Marjatta i najlepszym wówczas miejscem do świętowania tej okazji wydawał się Göteborg, a znakomitym pretekstem do wyjazdu była nowa symfonia Wilhelma.

Preteksty mają to do siebie, że każdy z nich jest wystarczająco dobry, ale ten wydawał się wyjątkowo wiarygodny, bo Sibelius mógł czuć się winny kryzysowi Szweda, który załamany po wysłuchaniu „Drugiej” Jeana na kilka lat zaprzestał komponowania, a swoją pierwszą symfonię nakazał usunąć z katalogu, uznając ją za niegodną porównywania. Powrót Stenhammara do komponowania był w tej sytuacji idealnym powodem do wspólnego świętowania.

Wszystko to razem wziąwszy, nie powinno dziwić, że druga symfonia Wilhelma Stenhammara była na tyle bliska Sibeliusowi, że pomimo mojej wyrażonej już dezaprobaty zdecydował się zawalczyć o dzieło przyjaciela.

Zrobił to po swojemu. Bez słowa podszedł do mojego stolika, położył na nim jedną jedyną płytę, stuknął trzykrotnie palcem w jej okładkę, jakby chciał powiedzieć: posłuchaj tego, a zmienisz zdanie…, odwrócił się wciąż bez słowa i odszedł tak, jak się pojawił. Gdyby nie płyta na stoliku można byłoby uznać, że nikogo tu przed chwilą nie było…

Spojrzałem na miejsce, w które stukał palcem Sibelius, a gdy zobaczyłem nazwisko dyrygenta: Herbert Blomstedt, od razu zrozumiałem, że to nie może być przypadek. Z sześciu córek Jeana i Aino dwie najmłodsze wyszły za mąż za braci Blomstedt, z których jeden był architektem, a drugi dyrygentem. Czy to mogła być rodzina wybranego przez Sibeliusa wykonawcy symfonii i serenady Stenhammara. Ciekawe!?

Wróciłem do siebie i zacząłem słuchać symfonii Wilhelma. Szybko uznałem, że nie jest to jednak stracony czas i kilkakrotnie ponowiłem odsłuch obu dzieł zawartych na płycie. Na koniec tego wieczoru ze Stenhammarem poczytałem znalezione recenzje tej płyty i o mało co nie zakrztusiłem się ze śmiechu, gdy zobaczyłem cytat z Wilhelma, który stwierdził, że chciał napisać „trzeźwą i szczerą muzykę bez popisywania się”.

Rozumiem oczywiście inny kontekst użytej „trzeźwości”, a mimo tego wspominając alkoholowe libacje Stenhammara z Sibeliusem, nie mogłem powstrzymać się od śmiechu. Aino była bez szans…

Jej wieloletnia walka o trzeźwość Jeana nigdy nie mogła być w pełni udana, a on sam z nieukrywaną satysfakcją podszytą ironią podsumował kiedyś swe życie ulubioną sentencją wielu przyszłych oczytanych alkoholików i palaczy: „Wszyscy lekarze, którzy chcieli mi zabronić palenia i picia już nie żyją”.

Niech więc żyje trzeźwa muzyka nietrzeźwych kompozytorów! Sam mogę się pod tym podpisać…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 455. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: