Już dawno nie doznałem takiego afrontu jak dzisiaj. Tym bardziej mnie zabolało, że doświadczyłem go od Donizettiego. To o tyle przykre, że wtedy, gdy krył się przed świtą Marii Callas, to potrafił być miły i… proszący.

Chciałem napisać o jego „Łucji z Lammermoor”, ale na tyle nie mogłem trafić na wykonanie, które by mnie przekonało do tej opery, że blisko byłem decyzji, aby ją całkowicie pominąć. Chciałem jednak zachować się przyjaźnie i postanowiłem, że pójdę do Gaetano i poproszę go o pomoc.

Zaraz po kolacji podszedłem do stolika, przy którym z dużym zaangażowaniem omawiali coś Rossini, Bellini, Meyerbeer i właśnie Donizetti. Prawdą jest, że nie czekałem, aż zakończą wymianę zdań i dość bezpardonowo zwróciłem się do Gaetano:

– Musimy porozmawiać. Chodzi o Łucję…

– Nie teraz. Nie mam czasu. Może za tydzień – usłyszałem i o mało co nie usiadłem na kolana Rachmaninowi siedzącemu przy sąsiednim stoliku.

Ja ci dam za tydzień – pomyślałem, ale nie dałem po sobie poznać, jak wszystko we mnie buzowało ze złości.

– To już nieaktualne – powiedziałem opanowanym tonem, a później powolutku obróciłem się do Belliniego, mówiąc do niego tonem misia proszącego o miód:

– Bądź u mnie za godzinę. Weź „Purytan”. Gdybym nie wrócił jeszcze ze spaceru, poczekaj na mnie…

Nawet nie spojrzałem więcej na Donizettiego, odwróciłem się i powoli odszedłem, obserwując kątem oka rozbawionego tą sytuacją Siergieja. Pomyślałem, że nim trzeba się będzie też odpowiednio zająć. Może jutro lub pojutrze…

Nie poszedłem na spacer, lecz w pośpiechu zacząłem zbierać informacje o „Purytanach”, w międzyczasie wsłuchując się w wybrane fragmenty tej niezbyt mi znanej opery.

Mało mnie zainteresowała fabuła, choć ciekawie zapowiadał się wątek szlachetnego rojalisty lorda Artura Talbota, który ratując przed śmiercią wdowę po straconym królu Karolu I Stuarcie, przedkłada obowiązek wierności królowej nad osobiste szczęście, wyprowadzając ją z zamku w welonie Elwiry – panny młodej, którą miał właśnie poślubić.

Rywalem do ręki Elwiry jest purytanin Ryszard, który informuje zrozpaczoną oblubienicę o tym, że jej narzeczony porzucił ją dla innej kobiety, nic nie wspominając o tym, że kobietą tą jest zagrożona ścięciem królowa.

Zgodnie z dewizą Belliniego, że „opera musi wyciskać łzy, musi przerażać i musi zabijać poprzez śpiew” wiele się dzieje na scenie.

Elwira wpada w obłęd, rojaliści przegrywają bitwę z purytanami, uratowany Artur wraca do swej ukochanej, co przypłaca pojmaniem przez Ryszarda i skazaniem na karę śmierci, uzdrowiona widokiem ukochanego Elwira znowu popada w szaleństwo, ale chwilę potem cudownie zdrowieje na wieść, że Cromwell ogłosił amnestię dla przegranych rojalistów, co ratuje Artura przed katem, którego zastępuję ksiądz, udzielając zakochanym ślubu.

Bellini spóźniał się coraz bardziej, a ja coraz bardziej zachłystywałem się tą cudną muzyką, która bez jakichś wielkich ekwilibrystycznych arii snuła swą opowieść przez trzy fascynujące godziny.

Zdumiało mnie to, że najwięcej przyjemności sprawiły mi te fragmenty, w których były długie melodie w stylu Belliniego, a równie ważnym jak soliści bohaterem przedstawienia była orkiestra. Im więcej Belliniego, tym cudniej. Nie potrzebowałem dominacji Callas lub Pavarottiego. Chciałem Belliniego! Chyba mu tego nie powiem… Oczywiście, jeśli w ogóle w końcu przyjdzie!

Niewiele brakowało, a zasłuchany w „Purytan” nie usłyszałbym pukania. Wstałem, otworzyłem drzwi i ze zdumieniem zobaczyłem na korytarzu całą czwórkę ze stołówki i Rachmaninowa na dodatek…

– Stukamy w twe drzwi już od kilku minut – powiedział Bellini, po czym wyraźnie wypchnął na wprost mnie najstarszego Rossiniego, który odezwał się dość wystraszonym głosem:

– Chcieliśmy przeprosić. Gaetano dowiedział się, że w Polsce w Operze Śląskiej będzie za parę dni wystawiony jego „Napój miłosny”, ale żaden z nas nie wiedział, co to jest streaming i jak w ogóle do tego podejść. Na szczęście Seiji Ozawa zgodził się nas przeszkolić. Miał czas tylko dzisiaj. Może wszyscy kiedyś z tej umiejętności skorzystamy.

– Wchodźcie. A więc mówicie, że to streaming?

Aż do rana nikt już nie wspomniał o „Purytanach”. Sprawdzaliśmy, gdzie jest Bytom, jak zalogować się na stronę Opery Śląskiej i próbowaliśmy jakość połączenia przez Nekronet.

Nawet mi się to podobało… Donizettiemu jednak nie wybaczyłem!

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 397. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: