Zdumiewają mnie ci Polacy… Zaledwie przedwczoraj, przy okazji rozmowy z Haydnem o Razumowskim, jednym zdaniem wspomniałem o ich ojczyźnie, a już dziś rankiem zawitała do mnie delegacja z podziękowaniami. Przyszedł Paderewski, Karłowicz i Rowicki z Lutosławskim. Już kiedyś byli u mnie w podobnym składzie i muszę przyznać, że podziwiam to ich patriotyczne wyczulenie na każdą wzmiankę o Rzeczpospolitej.

Nie powiedziałem im tego ani wtedy, ani też i dzisiaj nie powiem, ale bardzo żałuję, że nie przychodzi z nimi również Fryderyk. Podobno mi migrenę… No cóż, szkoda, chętnie bym zamienił z nim choć kilka zdań.

Przypomniałem sobie, że poprzednim razem obiecałem Lutosławskiemu, że posłucham kilku jego utworów, bo jak dotychczas zupełnie nie znałem jego twórczości. Szczerze mówiąc, zapomniałem o tej obietnicy i pewnie za chwilę będę się musiał głupio tłumaczyć…

Po powitaniu i podziękowaniach, które tak łatwo przychodziły Paderewskiemu pierwszy odezwał się Rowicki:

– Mistrzu, skorzystaliśmy z okazji i przynieśliśmy ze sobą kilka wykonań „Koncertu na orkiestrę” mojego imiennika. Zamieniliśmy na temat tego utworu kilka zdań podczas poprzedniego spotkania. Lutosławski napisał ten symfoniczny koncert na moje nieformalne zamówienie, gdy zaraz po wojennej pożodze próbowałem stworzyć w Warszawie, w naszej odbudowywanej stolicy, dobrą orkiestrę.

– W dobie socrealizmu również w muzyce potrzebowaliśmy ideologicznej podbudowy i w tym utworze stała się nią muzyka ludowa z Mazowsza, regionu obejmującego Warszawę. Witold zrobił to genialnie…

– Tak nieskromnie powiem, że to ja wraz z moją nową Wielką Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Warszawskiej poprowadziłem w 1954 roku prawykonanie „Koncertu”. Sukces był tak ogromny, że Witold z marszu został ogłoszony najwybitniejszym ówczesnym kompozytorem polskim i obsypany państwowymi nagrodami.

– To prawda, ale ja do dzisiaj nie potrafię zrozumieć fenomenu powodzenia tego koncertu — wtrącił się Lutosławski – „Napisałem go, tak jak potrafiłem, ponieważ nie mogłem jeszcze napisać, tak jak chciałem”.

– Kiedyś, jeśli pozwolisz Mistrzu podrzucę ci moją „Trzecią”, a może także i „Czwartą”, a może nawet i „Muzykę żałobną”. One bardziej oddają muzykę, która gra mi w duszy. Gdy tworzyłem „Koncert” to jeszcze ja sam tego nie wiedziałem i muszę przyznać, że początkowo nawet bardzo mi się ten mój koncert podobał. Parę lat później usłyszałem jednak w radio transmisję Koncertu fortepianowego Johna Cage’a i dopiero wtedy zrozumiałem, że chcę i mogę komponować inaczej.

– Co to jest radio? – zapytałem…

– Można powiedzieć, że to taki poprzednik Spotify, którego dzisiaj wszyscy używamy — z dyplomatycznie skrywanym uśmiechem odpowiedział Paderewski.

– Aha, rozumiem. No to pokażcie, panowie te płyty…

Zanim zdążyłem przejąć płyty od Lutosławskiego, podszedł do niego Rowicki i jedną z płyt schował za plecami. Po chwili zastanowienia identycznie z inną z płyt zrobił również drugi z Witoldów.

– Czemu niektóre chowacie przede mną?

– Zabrałem swoją, bo ma tak fatalne trzaski, że nie chciałbym cię Mistrzu zezłościć — z rezygnacją w głosie odezwał się Rowicki.

– A ja zabrałem swoją, bo muszę przyznać, że pozostali dyrygenci zobaczyli w mojej muzyce więcej piękna niż kiedykolwiek zauważyłem ja sam. Może to i dziwne, ale właśnie z tego powodu jestem najbardziej szczęśliwy — dopowiedział Lutosławski.

– To spróbuj sobie Witoldzie wyobrazić, co czuję ja, gdy słyszę swoje dzieła grane dwieście lat po ich powstaniu. Często jestem totalnie zszokowany. Często jednak również niezmiernie szczęśliwy i naprawdę doskonale cię rozumiem… Jakbyśmy dostawali nowe życie, prawda?!

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 55. wpisem z cyklu 1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: