— Jesteś ostatnim wielkim romantykiem, któremu przyszło już jednak żyć i tworzyć w umownym okresie modernizmu. Twoja dbałość o liryzm i emocjonalność muzyki, przykładanie wagi do harmonii i ta niezwykła łatwość śpiewania melodiami wziętymi z najczulszych skrawków muzycznego nieba stanowią nieodłączne atrybuty twojego romantyzmu.

— A to, że obok ciebie przez wiele lat współtworzyli Skriabin, Mahler, Debussy, Richard Strauss, Bartók i Strawiński w najmniejszym nawet stopniu nie czyni cię kompozytorem muzyki modernistycznej. Jesteś, Siergieju romantykiem, jak już mówiłem, ostatnim z wielkich…

— Nie myśl już o tym więcej, proszę… Powiedz mi lepiej jak to się stało, że ta twoja przepiękna sonata na wiolonczelę i fortepian tak długo nie mogła znaleźć godnego siebie uznania…?

Wciąż nieco naburmuszony Siergiej popatrzył na mnie wzrokiem, który miał mi dać do zrozumienia, że nawet moje komplementy nie zmniejszyły jego oburzenia na umieszczenie go pośród modernistów. Doprawdy nie rozumiem, dlaczego przykłada do tego aż tak wielkie znaczenie?

Ponownie spróbowałem nawiązać rozmowę o ciekawiącej mnie sonacie:

— Bardzo żałuję, że po tej sonacie już nigdy więcej nie napisałeś żadnego utworu kameralnego. Dlaczego?

— Nikt jej nie chciał słuchać, wszyscy chcieli tylko „Drugiego” fortepianowego…

— No cóż, padłeś ofiarą własnego niewiarygodnego sukcesu. Może trzeba było odczekać trochę, zamiast publikować sonatę miesiąc po premierze genialnego koncertu?

— Być może, być może… Bardzo jednak chciałem uczynić przyjemność mojemu przyjacielowi Aleksiejowi Brandukowowi i podziękować mu tą dedykowaną jemu sonatą za to, że wsparł mnie — dziewiętnastolatka w pierwszym moim publicznym koncercie, a później, że zgodził się zostać świadkiem na moim ślubie z Natalią…

— Na dodatek wtedy tak mocno obejmowała mnie swą mocą muzyczna wena, że wydawało mi się, że tak już będzie na zawsze i że w kolejnym miesiącu znowu powstanie coś pięknego… Nie widziałem wtedy sensu czekać…

— Na szczęście dzisiaj ta twoja cudowna sonata stała się kanonem wykonawczym prawie wszystkich najwybitniejszych wiolonczelistów świata i jednocześnie budzącym strach wyzwaniem dla wszystkich towarzyszących im pianistów.

— Chyba przesadzasz Ludwiku — mówiącemu te słowa Siergiejowi z zadowolenia aż błyszczały oczy…

— Ani trochę, to jedna z najtrudniejszych partii fortepianu w muzyce kameralnej. A tak przy okazji, czy rzeczywiście jest prawdą, że obejmujesz dłonią tyle samo klawiszy co Liszt?

— Uhm… i muszę przyznać, że Ferenc nie był z tego powodu zbyt zadowolony. Był przekonany, że tylko on potrafił objąć ich aż 13…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 9. wpisem z cyklu 1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: