Nie zdecydowałem się wejść do pokoju Petterssona. Może kiedyś jeszcze go odwiedzę, ale wczoraj nie byłem po prostu gotów, by zdradzić przyczynę swojego smutku, a stałoby się to pewnie nieodzowne podczas w miarę szczerej rozmowy ze Szwedem.

Nie wiem zresztą, czy kiedykolwiek dam radę komukolwiek wytłumaczyć, że to, co pozornie powinno mnie uszczęśliwiać, staje się przyczyną mojego stresu i demobilizujących rozterek.

Dzięki życzliwości i zapobiegliwości kilku nowoprzybyłych mieszkańców DNM-u uzyskałem dostęp do chyba wszystkich znaczących serwisów streamingowych i zamiast być szczęśliwym, siedzę jak dziecko w kojcu z kolorowymi piłeczkami i co chwilę sięgam po nową, która wydaje mi się bardziej barwna niż poprzednie.

Dzięki utrwalonej już przyjaźni z Akeo Watanabe uzyskałem dostęp do najnowszych japońskich płyt i plików, które systematycznie dosyła do DNM-u zapobiegliwy Seiji Ozawa. Z utęsknieniem czekamy z Akeo na kolejne czwartki, gdy kurier najwyższych lotów dostarcza coraz większe przesyłki od sędziwego Japończyka, budującego sobie na przyszłość i nam już na dziś wspaniałą bibliotekę nagrań, w ostatnich miesiącach dokładając także i sprzęt niezbędny do ich odtwarzania.

Dzięki kronice mogę codziennie przebierać pośród licznego grona mieszkańców DNM-u czekających na choćby krótką rozmowę ze mną i to ja zazwyczaj wyznaczam temat i przebieg dyskursu.

Mógłbym być szczęśliwy!

Największym jednak zaskoczeniem będącym jednocześnie podstawową przyczyną mojego smutku jest fakt, że nawet tu w Domu Nieśmiertelnego Muzyka wciąż drastycznie brakuje mi czasu. Za dużo muzyki, zbyt wielu muzyków, za dużo wszystkiego naraz! Przyjemność zmieniła się w obowiązek! Żeby posłuchać czegoś z własnego wyboru, żeby porozmawiać z kimś niezobowiązująco, żeby nacieszyć się ekscytującymi mnie testami bez potrzeby ich recenzowania, musiałbym chyba umrzeć kilkaset razy…

Dotarło do mnie, że bez zewnętrznego wsparcia nie uszlachetnię kroniki w pojedynkę, nie rozwinę jej, by dotrzeć do wielu, a sam dla siebie nie muszę jej przecież prowadzić. Ja mam ją na stałe w swojej głowie bez konieczności ubierania jej w słowa.

Delektując się Qobuzem, pieszcząc swe uszy na odsłuchach u Watanabe, testując kolejne słuchawki i aparaty słuchowe, coraz częściej myślę, że dotykam tylko wierzchołka muzycznej góry, której podstawa nieustannie się poszerza dzięki tysiącom muzyków i inżynierów, którzy wciąż tworzą i tworzą…

Może był to przejaw pychy, ale przyznać się muszę, że pojawionej “depresji nadmiaru” próbowałem zaradzić, słuchając przez jakiś czas wyłącznie swojej własnej muzyki, uznając to za rozwiązanie najbardziej bezpieczne.

Przez kilka długich tygodni słuchałem kolejnych kompletów swoich symfonii, koncertów i sonat, i owszem, zyskałem wielu nowych przyjaciół. Pokochałem muzycznym uczuciem Wanda za symfonie, Kempego za pierwszych sześć spośród nich, Polliniego i Abbado za koncerty, Schnabla za sonaty, Suka za skrzypcowy i wielu jeszcze kolejnych aż w końcu… zanudziłem się własną muzyką do tego stopnia, że potrzebowałem odtrutki.

Próba wybrania antidotum uświadomiła mi, w czym tkwi problem – potrzebowałem czasów równoległych. Tak, właśnie tak, nie światów, lecz czasów równoległych.

Tu gdzie jestem, jest mi cudnie, ale jak jednocześnie słuchać “Toski”, “Tristana i Izoldy”, “Carmen”, “Koncertów Brandenburskich”, “Sztuki fugi”, setek symfonii, koncertów, sonat czy kwartetów, próbujących dostać się do moich uszu. Każdej z tych muzyk chciałbym naraz słuchać wiecznie!

Z trudem akceptując te swoje dokuczliwe ograniczenia czasowe, zdecydowałem się zaufać sloganowi tak często słyszanemu w DNM-ie i rozpocząć odtrutkę od Bacha. Tak jest: zacznę od Bacha!

Wybrałem “Koncerty Brandenburskie” pod Karlem Richterem i zalało mnie tak niespodziewane szczęście, że radośnie śmiałem się sam do siebie. Wcale mi to jednak nie przeszkodziło w jednoczesnym pragnieniu natychmiastowego równoczesnego wysłuchania także suit z Karlem, a niecierpliwą chwilę potem chciałem usłyszeć równolegle jeszcze “Sztukę fugi” i to jednocześnie i na klawesyn, i na organy, i na fortepian, i na gitarę, i na kwartet smyczkowy lub saksofonowy.

Dostałem małpiego rozumu i szybko dotarło do mnie, że moja narwana małpa jest bardzo, bardzo smutna… Już dla samego ukontentowania się kontrapunktowym mistrzostwem Bacha, który genialną “Sztuką fugi” pozbawioną instrumentarium zwieńczył swoje życie, potrzebowałbym przecież całej jednej wieczności, a może nawet i to byłoby za mało…

Wielu z nas, niektórzy nawet z zazdrością, szepcze po kątach, że Bach nie mógł sobie wymarzyć lepszego momentu na śmierć.

To, że nie zdążył lub nie chciał zinstrumentować “Sztuki fugi” dało przyszłym muzykom swobodę pełnej dowolności wykonawczych wariantów, co znakomicie gwarantuje muzyczną wieczność…

To, że nikt nie wie, czy ostatniej, niepełnej fugi nie dokończył po prostu z powodu zgonu czy też świadomie zamknął ją w momencie, gdy w temacie pojawiły się nuty B A C H, oprócz zachwytów nad geniuszem mistrza otacza “Sztukę fugi” nimbem tajemniczości, co znakomicie sprzyja wiecznym poszukiwaniom…

Ja sam poddałem się tej detektywistycznej pokusie i kilka już razy próbowałem zagadnąć Bacha, by wyjawił mi choć część swych tajemnic, a on, przy ostatniej z mych prób, uśmiechnął się szelmowsko i rzekł:

– Tak jak jest, jest dobrze. Nie zmieniajmy tego. Wiesz Ludwiku oczywiście, że fuga i po łacinie i po włosku oznacza ucieczkę. Główny temat, zazwyczaj krótki, w “Sztuce fugi” tylko 12-nutowy, po przedstawieniu go w ekspozycji jakby uciekał przed “ścigającymi” się wzajemnie przetworzeniami poszczególnych głosów, które szukają pierwotnego tematu na wyszukane sposoby, przy każdej permutacji odnajdując jego sens, także nawet podczas odwrócenia kolejności nut.

– Głosy zbiegają się w stretto, by na koniec fugi, w jej kodzie, uzyskać błogie schronienie w odnalezionym temacie. To właśnie drugie znaczenie słowa fuga: schronienie…

– Całe moje życie było jak taka jedna wielka fuga zwieńczona schronieniem… Niech tak pozostanie! Tak jak jest, jest dobrze!

INSPIRACJA WPISU: