Strasznie się wczoraj ośmieszyłem. Po sześciu godzinach słuchania „Don Giovanniego” zasnąłem i przespałem moment, gdy Mozart ogłaszał werdykt. Podobno nie wybrał zwycięzcy, tylko wygłosił jakąś mowę o prawie do zróżnicowanych interpretacji i o tym, że dokonywane wybory są mocno uzależnione od nastroju chwili, w której słuchamy konkretnego wykonania i mogą ulegać zmianie co chwilę, inaczej nastrojoną. Nawet zażartował, że to taka skordatura chwili… Znamienne było jednak to, że podczas swojego występu prawą ręką obejmował Claudia Abbado, a lewą przytrzymywał dłoń Carla Marii Giuliniego…

Nie mam wyjścia, muszę iść przeprosić Mozarta i jakoś się wytłumaczyć.

Nie zdążyłem wymyślić jakiegoś sensownego wyjaśnienia swojej wczorajszej drzemki, gdy usłyszałem pukanie do drzwi. Od razu wiedziałem, że to Mozart, bo tylko on stuka do drzwi w rytmie z mojej „Piątej”. Otworzyłem drzwi, a Mozart jakby nie zdarzyło się wczoraj nic, co wymagałoby wyjaśnień, podekscytowanym głosem zadysponował:

– Ubieraj się Ludwiku, idziemy do Chopina!

Przez całą drogę do pokoju Fryderyka Mozart mówił tak szybko, jakby się bał, że nie zdąży powiedzieć tego, co ważne, zanim dojdziemy do celu:

– Moja depresja to istny drobiazg przy tej, w jaką wpadł Chopin po odejściu George Sand. Nigdy z niej nie wyszedł i tkwi w niej również tutaj. Jeśli jeszcze dodać do tego tę niewiarygodną podejrzliwość do każdego, że czyha na wykradnięcie warsztatowych tajemnic Chopina, to mamy pełny obraz skomplikowanego przypadku. Trzeba mu pomóc!

– Na szczęście chociaż jeden problem mamy z głowy. Fryderyk panicznie bał się, że zostanie po pozornej śmierci pochowany żywy, co w tamtych czasach było nader częstym procederem. To z tego powodu, za sprawą jego siostry Ludwiki, wycięto mu serce tuż przed pochówkiem…

– Rzeczywiście, coś mi się przypomina. Głośno było o tym, że wywiozła to serce do rodzinnego kraju Chopina, do Polski. Podobno bardzo za swoim krajem tęsknił, co tylko powiększało jego depresję…

Obgadując Chopina, dotarliśmy pod jego drzwi, Mozart zastukał, tym razem bez cytatu z mojej „Piątej”, potem drugi i trzeci raz, ale za każdym razem nie było żadnej odpowiedzi zza drzwi.

Dopiero po chwili podszedł do nas krążący po korytarzu stołówkowy dyżurny i poinformował nas, że Chopin po raz pierwszy od przybycia do DNM-u postanowił rankiem iść na spacer, a potem wstąpić do stołówki na śniadanie.

– Sam do tej pory w to nie wierzę. Wychodząc na przechadzkę, powiedział mi tylko, że wczorajszy dzień był dla niego jak szerokie otwarcie bram do nowego życia i że z wdzięczności, że pozwolił mu te drzwi zobaczyć, pójdzie po posiłku do Mozarta i zaprosi go oraz kilku jego przyjaciół na wieczorny koncert swoich mazurków…

– Mozart to ja — burknął Amadeusz wyraźnie niezadowolony, że dyżurny go nie rozpoznał.

– Chodźmy Ludwiku, nic tu po nas. Jeśli Fryderyk naprawdę mnie zaprosi, to chciałbym, żebyś poszedł ze mną. Tylko proszę, nie zrób mi wstydu i znowu nie zaśnij — zarechotał po swojemu

– To nie wchodzi w rachubę, mazurki Chopina to poezja muzyki, uwielbiam je i mogę ich słuchać całą noc i jeszcze dłużej…

Zreflektowałem się, że znowu popełniłem gafę, ale było już za późno. Skwaszona mina Mozarta dosadnie dowodziła, że dotarło do niego, że dla mnie „Don Giovanni” to nie Fryderykowe mazurki…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 193. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: