Tak często słyszałem, że moja sonata, którą kiedyś podczas pobytu nad Balatonem napisałem dla własnej przyjemności i bez żadnych podtekstów, na pewno opisuje światło księżyca odbijające się w tafli wody, że powoli sam zaczynam w to wierzyć.

Dobrze, że różni znawcy mojej twórczości i liczni moi krytycy nie wyciągają zbyt daleko idących wniosków z faktu, że dedykowałem tę symfonię swojej uczennicy hrabini Giulietcie Guicciardi. Przecież obiecałem jej, że wszystko pozostanie wyłącznie między nami…, a i Giulietta zbytnio się naszą bliską relacją nie chwaliła, zwłaszcza przed swoją siostrą, jeszcze mi bliższą Josephine. Ech, słodka Josephine…, gdy owdowiała to przez chwilę naprawdę myślałem, że się pobierzemy…

Dzisiaj, gdy tak wielu muzyków honorowanych jest tytułami szlacheckimi może mielibyśmy z Josephine szansę, ale wtedy byłem tylko zdolnym rzemieślnikiem ze społecznych dołów…

A Giulietta? No cóż, ona tak słodko mówiła do mnie Luigi…

Ileż ja się nasłuchałem od Giulietty, że ta dedykowana jej sonata ma charakter pogrzebowy, pożegnalny… i to dramatycznie i gwałtownie pożegnalny… Ona lepiej odebrała moje intencje niż późniejsze tysiące krytyków, którym pomiędzy moimi nutami świecił w uszach księżyc.

Całe szczęście, że po raz pierwszy tej nazwy „Księżycowa” użyto dopiero po mojej śmierci, bo chyba bym nie wytrzymał. I tak miałem tej sonaty powyżej uszu, wszyscy chcieli ode mnie tylko jej, a najlepiej to tylko jej pierwszego Adagio sostenuto. Kiedyś, broniąc się przed setnym wykonywaniem tej mojej sonaty, rzeczywiście nie wytrzymałem i krzyknąłem do Karla Czernego – jednego z moich ulubionych uczniów:

— Dajcie mi wreszcie spokój z tą sonatą, napisałem wiele lepszych utworów, których nie chcecie słuchać!

Dzisiaj, jako stateczny mieszkaniec DNM-u wyciszyłem się i podchodzę do tego spokojniej, choć wkurza mnie, że pierwszą część tej „Księżycowej” (brr…) nagrywa się i wykonuje dziesięciokrotnie częściej niż jej dwa pozostałe fragmenty. To tak, jakby w trakcie rejsu statkiem wysiąść na pełnym morzu w jednej trzeciej drogi…

Czułem taki przesyt zachwytów nad „Księżycową” (a niech już będzie, skoro miliony słuchaczy na świecie zaakceptowały taką sugestię, to może coś w tym rzeczywiście jest…?!), że nie potrafiłem się już nią cieszyć, ale… gdy pewnego razu usłyszałem „poświatę podobną do mojej” w jednej z Fantazji-Impromptu Chopina i uzyskałem od Fryderyka potwierdzenie, ze zamiarem tego zabiegu był hołd dla mnie, to naprawdę poczułem wtedy dumę i zamiast o tym natrętnym księżycu miło wspomniałem Contessę Giuliettę… Niejeden księżyc wspólnie oglądaliśmy…

INSPIRACJA WPISU: