Od kilku dni patrzyłem na Williama Boyce’a z rosnącym zdumieniem. Jeszcze niedawno wchodził do sali przez nikogo niezauważony, skromnie siadał samotnie w kąciku stołówki i można by rzec, że był całkowicie przezroczysty.

Co się stało, że w tak krótkim czasie odmieniło to całkowicie jego los? No i… co on ma nowego w uszach?. Parę miesięcy temu rozmawialiśmy o swoich chorobach głuchoty i wtedy wystawały mu z uszu jakieś wielkie słuchawy, a dzisiaj wydaje się, jakby nie miał w uszach nic, a przynajmniej nic sztucznego. Co się zmieniło?

Dziś, gdy tylko wchodzi na salę, natychmiast otacza go wianuszek adoratorek i adoratorów, skłonnych w locie przechwycić każdą jego nową myśl i śmiać się z każdego, staroświeckiego przecież żartu.

Nie wytrzymałem… zaczepiłem kilku młodszych, zmierzających do Williama i wprost zapytałem, muszę przyznać, że dość złośliwie, zaczepnie i prowokacyjnie:

— Powiedzcie mi, proszę, czyżby William skomponował nową „Eroicę”? Czemu tak do niego pędzicie?

— Nie słyszałeś Mistrzu ostatnich nowin? William Boyce wrócił do łask królewskich uszu!!!

Nic z tego nie zrozumiałem i dopiero gdy przybliżyłem się do otaczającego Williama tłumku, wychwyciłem z rozmów pojedyncze słowa i frazy, które powoli dało się połączyć w pełnię obrazu: Harry, Meghan, ślub, pierwszy utwór na ceremonii, pierwsza z ośmiu symfonii…

Zrozumiałem i… ogarnęła mnie zazdrość. No tak, tylko co mojego mogliby puścić na tym książęcym ślubie, przecież chyba nie „Odę do radości”?

William tymczasem pisał radosne hymny, ody, antyfony i uwertury na każdą okazję, która dawała szansę na zarobek. Muszę przyznać, że robił to uroczo…

A gdy jeszcze postanowił z całej swojej dwudziestokilkuletniej twórczości wybrać osiem najlepszych symfonicznych kompozycji i uczynić z nich jedną całość nazwaną „Eight Symphonies”, to powstało dzieło radosne, melodycznie bogate, poprzetykane nitkami patetyczności ze słonecznymi promykami szczęścia. Perełka!!! Dziwić się, że taką właśnie muzykę zagrano Meghan i Harry’emu?

Muzyka muzyką, ale co on ma uszach? I skąd? Czyżby sprowadził nowy model Phonaka lub innego, jeszcze lepszego aparatu słuchowego?

Wiem, że w każdy poniedziałek przychodzi posłuchać muzyki baroku, a we wtorki zawsze zagląda, aby posłuchać muzyki klasycyzmu… Wtedy go dorwę i wypytam, tak… we wtorek, koniecznie!

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 2. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: