Trochę odpocząłem.

Nie spodziewałem się, że aż tak bardzo odczuję pożegnanie z Schubertem. Może gdyby nie przyszedł ostatniego wieczoru razem z Fryderykiem, to nasze rozstanie w kronice nie byłoby aż tak nostalgiczne, lecz skończyłoby się nocną ucztą zakropioną nalewką z ambrozji.

Chopin wprowadził między nas taką melancholię, że każda próba żartu gasła bezśmiesznie w zarodku. Może to wieczorna pora tak na niego wpływała. Fryderyk nie ukrywał, że schyłek dnia i sama noc były dla niego najwspanialszymi porami doby, pozwalając mu na zazwyczaj samotne kontemplowanie tajemnic, wyszeptywanych o zmierzchu przez zasmuconą duszę.

W towarzystwie Schuberta smutek i nostalgia wydawały się zresztą powszechną normą. Ja, wkurzony smutas, byłem w naszej trójce najbardziej radosny. Gdyby nie to, że była to najświętsza prawda, to byłby to znakomity żart.

Opisując Chopina, ktoś przywołał stare szkockie przysłowie o nieszczęśliwej kobiecie, która „tkała swój całun i nosiła go za życia“ i muszę powiedzieć, że patrząc dzisiaj na Fryderyka, i na Franza, i często słuchając ich muzyki ma się wrażenie, że obaj tkali swoje całuny aż do śmierci i czasami zakładali te utkane przez siebie szaty, kryjąc swoje emocje pod zwiewną satynową powłoką.

Kochający mrok nocy Chopin najlepszy materiał do tkania swych nostalgicznych szat znalazł u Johna Fielda, lecz szybko tak uszlachetnił wymyślone przez niego nokturny, że doprowadził tym dumnego Irlandczyka do „szewskiej pasji“.

Field nazwał talent Polaka „chorobliwym“ i do końca życia był jego zagorzałym przeciwnikiem, nie zważając nawet na to, że powoli stawał się w swej ocenie Chopina samotną wyspą. To też sposób na zapisanie się w historii…

Tak właśnie zapamiętano w historii na przykład Heinricha Rellstaba. Na wieki pozostanie tym, który mojej sonacie cis-moll nadał nazwę „Księżycowej“, Schubertowi podsunął kilka cudzych wierszy do „Łabędziego śpiewu“ i jako jeden z niewielu uparcie i napastliwie deprecjonował wartość twórczości Chopina.

Recenzując pierwsze nokturny Fryderyka, napisał tak: „gdzie Field się uśmiecha, tam Chopin krzywi się grymaśnie; gdzie Field wzdycha, Chopin jęczy; gdzie Field wzrusza ramionami, Chopin się garbi; a jeśli Field dosypuje nieco przypraw do swojej potrawy, to Chopin sypie w nią zaraz całą garść tureckiego pieprzu.“

Jako przeciwwagę dla poglądów Rellstaba i samego Fielda mógłbym zacytować setki pozytywnych ocen Fryderykowych nokturnów, ale dziś, gdy ich piękno zostało tak powszechnie uznane, nie jest to naprawdę konieczne. Nie potrafię sobie jednak odmówić przywołania wypowiedzi Franciszka Liszta na dowód tego, jak pięknie literacko potrafiono kiedyś pisać o muzyce:

Chopin w swoich poetyckich Nokturnach śpiewał nie tylko harmonie, które są źródłem naszych najbardziej niewysłowionych rozkoszy, ale także niespokojne, wstrząsające oszołomienie, które często wywołują. Jego lot jest wyższy, chociaż jego skrzydło jest bardziej zranione; a jego łagodność staje się coraz bardziej rozdzierająca, tak słabo przesłania jego rozpaczliwą udrękę… Ich bliższe pokrewieństwo smutku niż tych od Fielda czyni je silniejszymi; ich poezja jest bardziej ponura i fascynująca; bardziej nas porywają, ale są mniej odpychające; i w ten sposób pozwalają nam z przyjemnością powrócić do tych perłowych muszli, które otwierają się z dala od burz i bezkresu Oceanu, obok szemrzącej wiosny ocienionej palmami szczęśliwej oazy, która sprawia, że zapominamy nawet o istnieniu pustyni ”.

Nokturny stały się stałym towarzyszem najciemniejszych chwil w życiu Chopina. Impulsem do ich powstawania były: paniczny lęk przed pierwszym publicznym występem, śmierć czternastoletniej siostry Emilii, śmierć bliskiego przyjaciela Jana Białobłockiego, wyjazd z Warszawy, wybuch i upadek Powstania Listopadowego, odmowa matki ukochanej Marii Wodzińskiej na zaślubiny, zdiagnozowanie gruźlicy, śmierć ojca, kryzys związku z George Sand.

Każda z wielu smutnych nocy po kolejnych ciosach prędzej lub później zostawiała trwały ślad w duszy Chopina, ale jego charakter nie pozwalał mu na ujawnianie przeżywanych dramatów inaczej niż muzyką.

Nawet najbliżsi nie do końca znali stan ducha Chopina, czego dowodem jest jeden z listów George Sand: „…tylko jego dzieła są nieprecyzyjnym i mglistym odbiciem wszystkiego, co się w nim dzieje, ponieważ nigdy nie wypowiada słów o mękach i zmartwieniach swojej duszy

Potwierdził to również Liszt, pisząc o Chopinie: „Nawet najbliżsi przyjaciele nie uzyskali dostępu do jego duszy

Mrok nocy był Fryderykowi przyjacielem…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 338. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: