Odprowadzając Haydna po wspólnym słuchaniu moich „Razumowskich” w dobrych nastrojach mijaliśmy pokoje zamieszkałe przez muzycznych impresjonistów i nagle obaj, bez wypowiedzenia nawet jednego słowa, bez żadnego spojrzenia na siebie, zatrzymaliśmy się, wpatrując się nieruchomym wzrokiem w zamknięte drzwi, jakbyśmy chcieli siłą wzroku usunąć tę przegrodę, by choć trochę przybliżyć się do dochodzących z głębi pokoju dźwięków.

Nie wiem, co w tej chwili myślał Haydn, ale ja poczułem jednocześnie zazdrość i chyba… wstyd. Nie, to nie był wstyd… To było zdumienie…

Musieliśmy wyglądać prześmiesznie. Dwóch staruszków, którzy jeszcze niedawno kadzili sobie nawzajem jakimi to są niezwykłymi geniuszami komponującymi wspaniałe kwartety smyczkowe, stało teraz na korytarzu i pewnie obaj, a na pewno ja, nie mogliśmy wyjść ze zdumienia, jak odmienna od naszych kwartetów muzyka dochodziła zza drzwi. Inna, piękna, malownicza, zmysłowa, eteryczna, zwiewna, liryczna, plastyczna, jeszcze raz powiem — inna, odmienna… ech, brak mi słów, żeby opisać, co czułem…

Spojrzałem na Haydna i zobaczyłem, że ma równie oszołomione oblicze, jak i ja musiałem chyba mieć w tej chwili. Skinęliśmy do siebie i bez dalszej zwłoki podeszliśmy do drzwi, a Joseph cichutko zastukał.

Drzwi otworzył nam Maurice. Za jego plecami widać było Debussego, Dukasa, Deliusa, Respighiego i kilku innych, których ja nie rozpoznawałem. Na nasz widok wszystkich tak zatkało, że nikt nie mógł z siebie wykrztusić ani słowa i zapadła dość krępująca cisza.

Z niezręcznej sytuacji wybawił nas Joseph:

– Nie będziemy przeszkadzać, przycupniemy sobie gdzieś tu przy ścianie, ale czy możemy pozostać i posłuchać z wami tego cudnego kwartetu?

– Oczywiście, zapraszam, dostaliśmy właśnie nowe wykonanie mojego kwartetu i tak sobie słuchamy w gronie przyjaciół…

– Przechodziliśmy obok… ani Joseph, ani ja tak pisać nie potrafiliśmy… To naprawdę wspaniałe, że świat idąc nieustannie do przodu, nieustannie zmienia również i muzykę. To naprawdę wspaniałe. Czy możemy usiąść tutaj?

– Oczywiście, pozwolicie, że odtworzymy jeszcze raz od początku?

Tak zgodnie i energicznie kiwnęliśmy z Josephem na tak, że aż rozbawiliśmy Maurice’a…

A potem zaczęła się uczta…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 54. wpisem z cyklu 1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: