Próbowałem sobie odpowiedzieć na pytanie, co mnie najbardziej fascynuje w odkrywanej wciąż muzyce współczesnej i stwierdziłem, że chyba najbardziej rzuca mi się w uszy niczym nieskrępowana różnorodność i ta powszechnie akceptowana odwaga wydobywania dźwięków z wszystkiego, co tylko da się wprowadzić w wibrację.

Ilość nowych instrumentów, zwłaszcza perkusyjnych, używanych w tak zwanej muzyce klasycznej już dawno przekroczyła moją zdolność zapamiętania ich nazw.

Wiele z tych instrumentów istnieje od dawna, ale uznawane były wcześniej za zbyt mało klasyczne, aby dostąpić zaszczytu wypełnienia dźwiękiem szacownych filharmonicznych sal.

Gdy usłyszałem dzisiaj jednego z naszych nowszych mieszkańców, mówiącego o utworze na didgeridoo, zupełnie nie miałem pojęcia, o jaki rodzaj instrumentu chodzi. Dopiero gdy nieznajomy przedstawił się jako Peter Sculthorpe pochodzący z Tasmanii, zacząłem domyślać się, że może chodzić o jakiś tradycyjny instrument australijski.

Didgeridoo okazało się co najmniej metrową rurą zrobioną z pnia lub gałęzi wydrążonego przez termity eukaliptusa, od tysięcy lat służącą Aborygenom do dmuchania i dęcia. Niektórzy historycy muzyki uważają didgeridoo za najstarszy dęty instrument świata.

Mistrzowie gry na aborygeńskiej rurze od wieków potrafią równocześnie dmuchać powietrzem z ust i wciągać je do płuc przez nos, co pozwala im na wydobywanie dźwięków tak długo, jak tylko tego chcą, podobno nawet godzinami bez przerwy. Ciekawe, jak wypadłaby ich rywalizacja z dzisiejszymi flecistami i oboistami?

Koniecznie musiałem usłyszeć, jak brzmi ta eukaliptusowa rura. Zaprosiłem na wieczór Sculthorpe’a, a on… odmówił, mówiąc, że jego wizyta bez Williama Bartona, który swoją grą na didgeridoo nadał sens i charakter tej muzyce, byłaby nietaktem i że zawitają do mnie razem dopiero wtedy, gdy obaj będą już mieszkańcami DNM-u.

Chcąc nie chcąc, musiałem uznać wolę Australijczyka. Wróciłem do siebie, włączyłem Spotify i wyszukałem płytę z muzyką Sculthorpe’a w wykonaniu reklamowanego Bartona.

Nazwa utworu sugeruje płacz Ziemi, krzyk niszczonej przyrody, lament natury i przyznać muszę, że w momencie, gdy usłyszałem atawistyczne brzmienie didgeridoo, moją duszę przebiegł dreszcz niepokoju, może nawet lęku.

Dzikość dźwięku zaskoczyła mnie bardziej, niż mogłem przewidzieć. Eukaliptusowa rura wydawała z siebie odgłosy dzikich przerażonych zwierząt, „jakby pomiędzy członków orkiestry wpuszczona została bestia” (Einojuhani Rautavaara).

Zwłaszcza pierwszy odsłuch jest tak przejmujący, wstrząsający, fascynujący i hipnotyczny, że natychmiast po zakończeniu tego „Płaczu Ziemi” musiałem włączyć go jeszcze raz, a potem ponownie i ponownie…

Sculthorpe napisał swój utwór także w wersji bez didgeridoo i aby lepiej zrozumieć, co dla klimatu muzyki daje ta eukaliptusowa rura, gorąco zachęcam do wysłuchania również wersji bardziej klasycznej. Naprawdę można wysnuć ciekawe wnioski…

Moje są takie: Niech żyje muzyka współczesna. Dmijcie w rury i walcie w bębny, ile wlezie. Chyba jestem gotów…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 325. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: