Przyzwyczajony do odbierania wyrazów podziwu, okazywania mi szacunku i wychwalania moich dzieł, zupełnie nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo mogą oczekiwać choćby małej wzmianki o sobie ci, którzy co prawda od dawna są w naszym Domu Nieśmiertelnego Muzyka, ale nigdy nie stoją w pierwszym szeregu po pochwały…

Naprawdę nie przyszło mi do głowy, że mała wzmianka o Siergieju Taniejewie może mieć dla niego tak wielkie znaczenie, tym bardziej że była to, hmm, wyłącznie informacja o jego śmierci…

Wielokrotnie widywałem go w towarzystwie Czajkowskiego lub Rachmaninowa, ale Taniejew zawsze stał z boku lub z tyłu, i nigdy nie próbował zagarniać dla siebie zainteresowania kosztem swojego mistrza, lub najwybitniejszego ucznia.

Wszyscy wiedzieli, że był dla Czajkowskiego na tyle zaufanym i szanowanym pianistą, że to właśnie jemu Piotr Iljicz powierzył prawykonanie swojego najsłynniejszego koncertu b-moll, a później każdej kolejnej kompozycji na fortepian i orkiestrę.

Wszyscy wiedzieli również, że Rachmaninow darzył go tak wielkim uznaniem, że w podzięce za naukę kompozycji w moskiewskim konserwatorium dedykował mu swoją przecudną „Drugą”.

Mało kto znał jednak własne kompozycje Taniejewa i choć Czajkowski mówił o nim jako o „największym mistrzu kontrapunktu w Rosji, a być może również i na Zachodzie”, a Rachmaninow nazywał go „sumieniem Moskwy” i „rosyjskim Bachem”, to jednak fakt komponowania w okresie pomiędzy tymi dwoma geniuszami nie pozwolił mu na zabłyśnięcie.

Główną przeszkodą w zaistnieniu jako kompozytor okazał się brak specjalnego daru do tworzenia chwytliwych melodii… Rywalizować na tym polu z Czajkowskim i z Rachmaninowem naprawdę było niezwykle trudno.

Do tego dochodziły jeszcze cechy charakteru. Nie był samotnikiem, przyjaźnił się z Tołstojem, Franckiem, Fauré, Rimskim-Korsakowem i oczywiście z Piotrem Iljiczem. Znał Turgieniewa, Flauberta, Zolę, Gounoda, Saint-Saënsa, ale zarówno w Rosji, jak i w Paryżu prowadził dość ascetyczne życie. Stronił od kobiet, nie ulegał nałogom, a największą przyjemność sprawiała mu jazda na rowerze, o której powiedział, „że nawet doświadczenia nowożeńców podczas nocy poślubnej nie mogą się równać z doznaniami rowerzystów”. Chyba powinien zamieszkać w Holandii…

Był tak towarzysko wyalienowany, że nie zauważył nawet afektu, jakim darzyła go żona Lwa Tołstoja. Podczas pobytów w Jasnej Polanie, a także w trakcie moskiewskich wypadów Taniejew uczył Zofię Andriejewnę i syna Tołstojów Sergieja gry na fortepianie, i nie tylko nie odnotował zainteresowania okazywanego mu przez żonę Tołstoja, ale nie zauważył także narastającej zazdrości samego Lwa. Może dlatego, że był w miesięcznej gościnie u Tołstojów wraz z jednym ze swoich młodych uczniów… oraz z nianią opiekującą się nim od dzieciństwa…

Gdy po latach zabrakło przy nim niani, ubrał się zbyt lekko na pogrzeb Skriabina, dostał zapalenia płuc i kilka tygodni później sam zmarł.

Zniewieściały Taniejew znakomicie czuł się w towarzystwie Piotra Iljicza i jego młodszego brata Modesta. Wszyscy trzej mieli identyczne podejście do kobiet, a w zasadzie to wcale nie byli zainteresowani zbliżaniem się do płci żeńskiej. To porozumienie ułatwiało utrzymywanie przyjaźni…

Modest Czajkowski w swoich wspomnieniach napisał o Taniejewie tak: „Nigdy w moim długim życiu nie spotkałem duszy bardziej czystej niż Siergiej Iwanowicz i nikogo nie szanowałem tak głęboko, tak całkowicie i wymownie za jego harmonijne połączenie cech tryumfalnie wznoszących się ponad wszystko, co umniejsza ludzką naturę”.

Najwspanialszym utworem Taniejewa jest jego potężny kwintet fortepianowy, uznawany często za „najpiękniejszy klejnot w koronie rosyjskiej muzyki kameralnej”.

Z prawdziwą przyjemnością wysłuchałem kilku wykonań tego kwintetu, ale tylko jedno z nich, gdzie muzykami są nauczyciele Konserwatorium Moskiewskiego, kończy się doskonałą fortepianową imitacją bicia cerkiewnych dzwonów…

Od razu skojarzył mi się Czajkowski i przypomniałem sobie jego wzruszenie, gdy usłyszał Nikolaja Luganskiego, wygrywającego lewą ręką dzwony w pierwszych akordach swojego koncertu b-moll. Ta sama szkoła!

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 359. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: