Więcej już takiego błędu nie popełnię…

Zaprosiłem do siebie Furtwänglera i Toscaniniego z nadzieją, że ci dwaj wspaniali wielokrotni wykonawcy mojej „Eroiki” pomogą mi w przejrzeniu setek nowych wykonań tej najbardziej przeze mnie ulubionej symfonii. Nie ukrywam też, że znając klasę obu panów, liczyłem na miłą atmosferę i merytoryczną dyskusję.

Szybko przekonałem się, jak błędne były moje rachuby. Pierwszą oznaką było to, że obaj szybciutko uzgodnili, że przegląd nowych wykonań należałoby poprzedzić ustaleniem wzorca i że w poszukiwaniu takiego koniecznie musimy wysłuchać wszystkich dostępnych w Nekronecie wykonań zarówno Furtwänglera, jak i Toscaniniego.

Będąc wciąż jeszcze w dobrym humorze, pomyślałem sobie, że całe szczęście, że nie zaprosiłem także Karajana i Bernsteina. Nie zdążyłem się nacieszyć tą myślą, a obaj geniusze batuty zadysponowali pierwsze wykonanie. Furtwängler z Wiedeńczykami z 1944… Troszkę się męczyłem, ale złego słowa absolutnie nie powiem…

Kątem oka zobaczyłem jednak wykrzywioną minę Toscaniniego i już wiedziałem, co się zbliża. Zaczną siebie nawzajem krytykować, a ja nie posłucham ani jednego nowego wykonania… Nie o to mi przecież chodziło!

W ostatniej chwili przed rozpoczęciem krytycznego wywodu Toscaniniego zdążyłem się odezwać, powstrzymując zbliżającą się lawinę ocen…

– Muszę niestety zmienić nasze plany. Mój Phonak sygnalizuje mi rozładowywanie się baterii i sądzę, że wystarczą one na tylko jeszcze jedno wykonanie. Proponuję tym razem jedno z kilku wykonań Arturo…

Troszkę mi było głupio z powodu tego niewinnego kłamstewka, ale ja naprawdę chciałem posłuchać Eroiki, a nie dwóch zwaśnionych geniuszy.

Pierwszy odezwał się Furtwängler:

– Zgoda Mistrzu, oczywiście możemy zrobić tak jak sobie życzysz. Pozwól jednak, zanim wyłączy ci się aparat, chciałbym powiedzieć, że „Eroica” to wielka symfonia, chyba najwybitniejsza w historii muzyki, rewolucyjna, heroiczna, epicka, buntownicza, dzika, fantazyjna, potężna, nieokiełznana, pełna rozmachu i z taką potęgą emocji, że oszołomiła słuchaczy i muzyków przyzwyczajonych dotychczas wyłącznie do odczuwania rozrywki.

– Szliśmy do ciebie z Arturem głównie po to, aby złożyć ci hołd, bo obaj jesteśmy zgodni w ocenie tej symfonii – to wielkie arcydzieło…

– Bardzo nas ciekawiło, skąd czerpałeś pomysły na tę symfonię i czy prawdą jest, że podłoże dla tej muzyki stanowiły losy Bonapartego?

– Co do pomysłów to powtórzę, panowie, to, co kiedyś powiedziałem mojemu przyjacielowi Schlosserowi:

„Przychodzą do mnie nieproszone, spontanicznie… Niektóre wpadają mi w ręce podczas spaceru w lesie, wśród nocnej ciszy, czy też wczesnym rankiem… zamieniam je na dźwięki, które wybrzmiewają, ryczą i burzą się, dopóki nie staną przede mną w postaci nut”.

– Co się zaś tyczy Napoleona to prawda jest dość przyziemna. Przygotowywałem wyjazd do Paryża i trasę koncertową po Francji, a przez chwilę rozważałem nawet pozostanie w Paryżu na stałe. To dlatego postanowiłem dedykować Francuzom zarówna „Eroikę”, jak i wcześniejszą „Kreutzerowską”.

– Nie było w tym zabiegu żadnych sentymentów, raczej czysty pragmatyzm. Gdy wyjazd nie doszedł do skutku dedykację usunąłem jeszcze przed drukiem… Całe szczęście, bo cztery lata później Francuzi zajęli Wiedeń, nieźle bym wtedy wyglądał…

– Naprawdę potrafiłem być praktyczny. Zaraz po usunięciu dedykacji dla Napoleona odstąpiłem „Eroikę” jednemu z moich najlepszych klientów – księciu Lobkowitzowi dałem symfonię na sześć miesięcy na wyłączność za ładną sumkę 400 guldenów…!

– A wracając jeszcze na chwilkę do Napoleona, to przypomnę wam panowie, że rok wcześniej przed „Eroiką” otrzymałem od mojego wydawcy zamówienie na sonatę ku czci Bonapartego i… zdecydowanie odmówiłem!

– Ja naprawdę planowałem wyjazd z Wiednia. Wiedeń nie cenił mnie tak, jak na to zasługiwałem, a że mam krnąbrną naturę to odpłacałem pięknym za nadobne. Gdy publiczność na wiedeńskiej premierze „Eroiki” klaskała zbyt mało entuzjastycznie, to wcale do nich nie wyszedłem, a co… Kochali mnie w całej Europie, a tylko Wiedeń wybrzydzał obrzydliwie…

– Dziś też kochają cię i to nie tylko w Europie, ale na całym świecie – odezwał się wreszcie Toscanini – A ja ci, Mistrzu powiem, że dla mnie i dla milionów słuchaczy tak naprawdę zupełnie nie ma znaczenia komu dedykowałeś „Eroikę”. Ta twoja genialna muzyka żyję własnym nieśmiertelnym życiem, a „dla mnie to nie Bonaparte, lecz po prostu Allegro con brio”.

Mówiąc to, Toscanini wyjął zza pazuchy ozdobny notatnik i położył go przede mną na stoliku:

– Przygotowaliśmy razem z Wilhelmem naszą listę ulubionych wykonań i już ci nie przeszkadzamy. Naładuj Phonaka i miłego słuchania. Nie jesteśmy ci w tej chwili do niczego potrzebni. Do jutra, Mistrzu…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 28. wpisem z cyklu 1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: