Zaraz po przebudzeniu zobaczyłem na stoliku płyty pozostawione przez Schoenberga. Trochę zrobiło mi się wstyd za swoje wczorajsze zachowanie wobec niego i uzmysłowiłem sobie, że idealnie wpisałem się w powszechnie obowiązującą w DNM-ie atmosferę niechęci do Arnolda.

Gdy pewnego dnia na murze naszej biblioteki pokazał się wypaćkany sprejem napis „AS nie dla mas” nikt początkowo nie skojarzył tego z Schoenbergiem. Gdy jednak w kolejnych dniach napisów zaczęło przybywać i były coraz bardziej urozmaicone, ale ich punktem wspólnym zawsze pozostawało słowo AS, jasne stało się, że chodzi o inicjały któregoś z muzyków.

Do przysłowiowej tablicy sam się zgłosił Arnold Schoenberg, który powiedział kiedyś do Albana Berga tak głośno, aby słyszeli to wszyscy czekający w stołówce na posiłek:

– „Ludzie tak bardzo mną gardzą, jakby znali moją muzykę…”

No cóż. Prawdą jest, że Schoenberg nie należy do wymarzonych towarzyszy wspólnego spędzania czasu i trudno znaleźć w DNM-ie kogoś, kto lubi jego towarzystwo. No i na dodatek to jego dumne i wydumane przekonanie o własnym geniuszu, który nowymi technikami komponowania miał zapewnić Niemcom dominację w muzyce na sto lat… Coś niesamowitego! Samemu porównać wprowadzenie dwunastotonowej skali muzycznej z odkryciami Einsteina to naprawdę wyczyn nie lada…

Nic dziwnego, że taki stan rzeczy przeniósł się na niechętny odbiór jego niełatwej muzyki. I pomyśleć, że zaczynał tak całkiem konwencjonalnie… w niczym nie przypominając późniejszego dodekafonisty, chętnie czerpiąc z tradycji Brahmsa, Wagnera i Mahlera i absolutnie w niczym nie ustępując powszechnie lubianemu Ryszardowi Straussowi.

Opanowujący mnie coraz bardziej negatywny tok myślenia bezwiednie sprawił, że odsunąłem od siebie przyniesione przez Arnolda płyty na sam kraniec stołu. Spoglądałem na nie co chwilę niechętnym wzrokiem, jak to się mówi: spode łba…

W końcu przeważyło jednak poczucie obowiązku. Kronikarskiego obowiązku. Sięgnąłem…

Jaki ja byłem głupi, że tak łatwo dałem się wmanewrować w tę powszechną nagonkę przeciwko Arnoldowi. Lubić wcale go nie muszę, ale… poemat „Peleas und Melizanda” już od pierwszych taktów okazał się cudowną muzyką.

Przypomniałem sobie mityczne dzieje bohaterów mitu opisane w libretcie do opery Debussy’ego i z błogością wsłuchiwałem się w muzykę Schoenberga, wyszukując motywów osób i scen z ich losów tak plastycznie opisanych przez Arnolda, który, jak sam podkreślał w notatkach do poematu, starał się odzwierciedlić muzyką każdy szczegół historii Peleasa, Melizandy i Golauda. Piękna muzyka…

Zacząłem się zastanawiać czy gdyby nie to, że prowadzę kronikę, to sięgnąłbym po ten utwór, zwiedziony własnymi i powszechnymi uprzedzeniami do nielubianego Schoenberga? Chyba nie i byłaby to wyłącznie moja strata. Nie wiem, jak zabrzmią inne utwory Arnolda, ale na pewno ich już nie pominę…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 94. wpisem z cyklu 1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: