Dla takich chwil warto tu być!

Ostatnio przypłacam wprawdzie pisanie kroniki stałym bólem głowy, ale setki godzin ze słuchawkami w uszach muszą się dawać we znaki. Ostatnio przesłuchałem kilkadziesiąt wykonań „Dichterliebe” Roberta, niektóre po kilka razy, z trudem znosząc poczucie bólu, ale… warto było! Spójrzcie zresztą sami razem ze mną przez okno, w kierunku ogrodu… Widzicie to, co ja?

Nie trzymają się wprawdzie za ręce, nie tulą się do siebie, uważają, by nawet przypadkowo nie musnąć swych ciał, nie dotknąć, ale są… Są razem! Czyżbym ja to uczynił?

Schumann i Clara spacerujący zgodnie po DNM-owym ogrodzie wywołali tak ogromną sensację, że we wszystkich oknach pojawiły się zaciekawione twarze gapiów. Nawet Chopin spozierał zza przesłaniającej jego okno kotary, rezygnując na chwilę z bieżących relacji z Warszawskiego konkursu jego imienia. No, no…

Schumanowie dość szybko zorientowali się, że stanowią towarzyską atrakcję dla licznych widzów. Pierwsza zareagowała Clara, odsuwając się od Roberta na odległość wykluczającą podejrzenie intymności spotkania, a gdy jej towarzysz próbował jej podarować zerwaną z klombu różę, spłoszyła się jak dzierlatka, szybko pożegnała się z Robertem, niespodziewanie wskazała gestem głowy w stronę mojego okna i zdecydowanym gestem otwartej dłoni wskazała mu kierunek, w którym powinien samotnie się oddalić.

Widząc Roberta, zmierzającego w moją stronę spodziewałem się, że za chwilę stanie u mych drzwi wdzięczny i dziękujący. Nawet sobie przygotowałem kilka zdań w rodzaju: „ależ nie musisz”, „cieszę się, że mogłem pomóc”, „cała przyjemność po mojej stronie”.

Gdy u drzwi rozległo się pukanie, przyjąłem postawę gotowego na przyjęcie hołdów i podziękowań, a Robert… zaraz po wejściu do pokoju, pomijając kurtuazyjne powitanie, rozpoczął najwyraźniej przygotowaną wcześniej przemowę:

– Clara i ja nie życzymy sobie, byś się mieszał w nasze losy. I tak niewiele z tego rozumiesz. Podobnie, jak większość tych, którzy robią ze mnie wariata, a z Clary, hmm, nie przejdzie mi to przez usta…

Jakbym dostał obuchem po swej obolałej głowie. To ja do nich z taką czułością, a oni do mnie tak obcesowo? I ten taki zaskakująco rycersko-obrończy Robert!. Zachowuje się, jakby był zakochany…

Przeczekałem kilkanaście kolejnych zdań wypowiedzianych przez wzburzonego Roberta, po czym bez słowa podszedłem do półki ze sprzętem i wznowiłem grę przed chwilą zapauzowanej muzyki. Odczekałem jeszcze chwilę i z udawanym spokojem, choć wrzało we mnie jak w starym czajniku, zapytałem Roberta:

– Poznajesz?

Schumann oparł się o brzeg fotela i zdecydowanie cichszym, lecz lekko też trzęsącym się głosem, odpowiedział:

– Cóż to za pytanie?

– To twoje pieśni o tęsknocie, o samotności. Czekałeś wtedy na Clarę i bardzo za nią tęskniłeś… Kochałeś ją?

– Cóż to za pytanie!? – tym razem te same słowa brzmiały wojowniczo i zaczepnie – Mówiłem, że niewiele rozumiesz. Pewnie, że kochałem Clarę, ale to wszystko nie jest takie proste, jak się wydaje. Ojciec Klary nie pozwalał nam na ślub z wielu powodów: byłem jurnym hulaką, agresywnym nicponiem, nieperspektywicznym golcem, a jeszcze na dodatek on, będąc moim nauczycielem muzyki, doskonale wiedział, że każde pojawienie się dźwięku A mogło wywołać u mnie halucynacje. Nie potrafiłem tego powstrzymać.

– Zaniedbywał moją edukację, a wszystkie siły przeznaczał na naukę córki, chcąc z niej uczynić dziewczęcego Mozarta.

– Zbliżyła nas do siebie miłość do muzyki Chopina i pasja do literatury. Miałem to szczęście, że odziedziczyłem po ojcu dobry gust literacki i sporo wiedzy na ten temat dzięki pracy w rodzinnej księgarni. Clarę znałem od jej dziewiątego roku życiu i mogłem z bliska obserwować, jak rozwija się jej talent muzyczny, jak kształtują się jej upodobania literackie, jak krystalizują się jej cnoty niewieście i jak formuje się jej coraz bardziej kobieco kwitnąca postać.

– Oczytany w literaturze potrafiłem pisać naprawdę piękne listy i był taki czas w naszych zalotach, gdzie do jej duszy trafiałem bardziej słowami niż nutami. Docenił to nawet ojciec Clary, nakazując córce zwrot otrzymanych ode mnie listów, które posłuszna, lecz zrozpaczona Clara próbowała potem ode mnie potajemnie odzyskać. Odmówiłem jej, pisząc jednak w zamian dziesiątki nowych romantycznych, tęsknych, czułych i miłosnych.

– Sprawy zaszły tak daleko, że zerwałem nawet zaręczyny z 16-letnią Ernestine von Fricken i wspólnie z Clarą rozpoczęliśmy sądową bitwę z jej ojcem o zgodę na ślub. Aby tę zgodę uzyskać, musiałem się wykazać przed sądem dochodami, a tu, jak na złość, nawet „Karnawał” wykonany przez samego Liszta, nie spowodował znaczącej sprzedaży nut ani też zwiększonego zapotrzebowania na moją muzykę.

– Najłatwiejszym sposobem na zarobek były pieśni przeznaczone do wykonywania po domach i sprawdziło się to znakomicie. Pieśni musiały być romantyczne, tęskne, czułe, miłosne, dramatyczne, wyzwalające głód miłości, która nie byłaby uznana za prawdziwą, gdyby nie wyzwalała cierpienia i dreszczyku niepewności. Ja naprawdę wiedziałem, jak to osiągnąć. Pieściłem słowami, a fortepian dodawał mym słowom miłosnego powabu. Byłem w tym naprawdę niezły.

– Nie za bardzo myślałem wtedy o przyszłości, moim głównym celem było zdobyć…

– Wiedząc, że Clara uwielbia poezję Josepha von Eichendorffa, napisałem cykl pieśni do jego wierszy i znowu zarobiłem u niej kilka punktów. Nie zastanawiałem się nad wspólnym życiem rodzinnym, nad dojrzałym byciem mężem i ojcem. Czemu miałbym się nad tym zbytnio zastanawiać, skoro w tamtych czasach wszystko było jasne i oczywiste. Dziewczynka do czasu zamążpójścia była własnością ojca, a po ślubie jej właścicielem stawał się mąż. Nad czym ja się miałem zastanawiać?

– Clara była wyjątkowa – spróbowałem się wtrącić

– Wiem, wiem! Zwłaszcza teraz, po wiekach… Bardzo się starałem, właśnie dla niej, ale to wszystko nie było takie łatwe.

– Całą młodość początkującego artysty spędziłem w towarzystwie pięknych dziewcząt, z niewysychającym kielichem wina, z niegasnącym cygarem i starałem się być na tyle szalony, aby być uznanym za prawdziwie romantycznego twórcę. Fascynowali mnie zwłaszcza artyści, którzy oszaleli lub popełnili samobójstwo. Doszło to tego, że groźba ojca Clary, że mnie zastrzeli, jeśli ponownie się do niej zbliżę, tylko wzmogła moje pożądanie. Byłem romantycznie szalony i szaleńczo romantyczny. Prawdziwy artysta!

– A gdy jeszcze pojawił się konkurent do ręki Clary, młodszy ode mnie o sześć lat kompozytor Louis Rakemann, który miał pełne poparcie starego Wiecka, wiedziałem, że muszę zacząć zarabiać. Zacząłem pisać pieśni i tak mi się to spodobało, że napisałem nawet do Clary, że „chcę się zaśpiewać martwy jak słowik”.

– Udało się, Clara została moją żoną, Wieck mnie nie zastrzelił, ale życie zrobiło się… nudne, a przynajmniej sporo nudniejsze.

– Clara nie akceptowała pijaństwa i narkotyków, o rozpustnym towarzystwie innych dziewcząt też musiałem zapomnieć. I jak tu tworzyć?

– Z czasem coraz częściej zauważaliśmy u mnie oznaki zwiastujące chorobę, choć ja długo tłumaczyłem sobie, że to naturalny atrybut każdego geniusza, za którego oczywiście się uważałem. Napady bezsenności, paniki, lęku przed śmiercią, obawy przed wysokościami, wstręt do metalowych instrumentów, głosy rozbrzmiewające w uchu – wszystko to przerodziło się w strach o własne zdrowie psychiczne. Clara długo znosiła to dzielnie i z miłością, ale jednocześnie cierpliwie osaczała mnie swą siecią. Z szaleńczego romantycznego geniusza stawałem się mężem swej żony. Nie zawsze traktowałem to jak sukces.

– A co na to mówiła Clara? – zapytałem

– Wątpię, żebyś to zrozumiał. Ja sam nie wszystko ogarniam. Myślę jednak, że przyszedł w końcu taki moment, że przestałem być dla niej kimś ważnym. Byłem już tylko problemem.

Głos trząsł się Robertowi coraz bardziej i przyglądając się mu, wystraszyłem się, że wpadnie w swój stan depresji, albo nawet dostanie napadu szału. Postanowiłem zakończyć rozmowę. Musiałem tylko znaleźć jakiś sensowny pretekst.

– Obiecałem Chopinowi, że posłucham razem z nim, jak na koncercie inaugurującym jego konkurs odegrano mój „Trzeci”. To dla mnie dość spory zaszczyt. Może dokończymy rozmowę jutro?

– Jasne. Czy mógłbym jednak przyjść jutro z Clarą. Sam jestem ciekaw, jak to nasze życie wyglądało z jej perspektywy, a boję się jej zapytać wprost…

– A nie będzie na mnie wściekła?. Przecież ty też przyszedłeś do mnie głównie z pretensjami.

– Pozwoliłeś mi mówić, a właśnie tego my oboje bardzo teraz potrzebujemy. Nie martw się o Clarę. Ona naprawdę jest wyjątkowa…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 437. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: