Obudziło mnie stukanie do drzwi, chociaż powinienem użyć raczej liczby mnogiej, bo o ile jedno ze stukań było delikatne i proszące, o tyle drugie było głośne, energiczne, żądające.

W drzwiach stali Felix i Robert. Obaj naburmuszeni, wyraźnie rozdrażnieni, ale nie wrodzy. Schumann próbował się nawet uśmiechnąć, a Mendelssohn nie okazywał żadnych śladów po wczorajszym ataku furii. Nie widać było też po nich obrażeń, co mogło wskazywać, że nie doszło do rękoczynów. Nie jest źle. Ot, taka męska przyjaźń…

– Masz rację, kochałem Clarę — odezwał się cicho Felix, a Schumann na te słowa aż zacisnął pięści.

– Kochałem ją jako pianistkę, jako muzyka. Słuchając jej gry, grając z nią często na jednym fortepianie, niejeden raz przelotnie dotykaliśmy swych ramion, ud lub bioder, ale prawdziwą rozkosz dawała mi wtedy muzyczna ekstaza, a nie fizyczna podnieta. Rozumiecie to?

Schumann długo milczał, aż w końcu z wyraźnym oporem stawianym przez podświadome cierpienie kiwnął potwierdzająco głową. Ja milczałem…

– Nie potrafiłeś jej dostatecznie dowartościować, tak jak była tego warta. To raczej ty nieustannie oczekiwałeś pochwał i komplementów — kontynuował Felix.

– Nie przesadzaj — odpowiedział Schumann, lecz jakoś tak zupełnie bez przekonania.

– A pamiętasz ten twój niewiarygodnie piękny kwintet Es-dur, który ukończyłeś tuż przed kwartetem? – spytał retorycznie, nie pozwalając jednak przyjacielowi na wytrącenie się z toku myśli:

– Na premierze partię fortepianu miała grać oczywiście Clara, ale się rozchorowała i poprosiliście mnie, abym to ja ją zastąpił. Zgodziłem się, a ty co zrobiłeś. Po wysłuchaniu mojej gry mocno pozmieniałeś Scherzo, a potem stwierdziłeś, że „mężczyzna rozumie to lepiej” i przy następnych wykonaniach prosiłeś o pianistę w składzie, a nie pianistkę. Wiesz, jak ona mocno to przeżyła?

Schumann milczał, choć minę miał nietęgą. Ta niezręczna chwila trwała dość długo, ale Felix wyraźnie czekał, dając Robertowi szansę na odpowiedź…

– Była ze mną szczęśliwa — Schumann niemalże zmusił się do odzywki, a Felix jakby przeczuwając, jaka ona będzie, natychmiast skontrował:

– Wiem, że ją kochałeś, ale czy ceniłeś ją tak jak ja i tysiące jej wielbicieli w całej Europie? Czy szanowałeś ją wystarczająco? A może ty jej zazdrościłeś?

Schumann znów zamilkł.

A poza tym absolutnie nie miałeś racji! Najpiękniejszymi wykonaniami twego kwintetu są te, w których na fortepianach grają kobiety. Posłuchaj sam — Feliks wyciągnął z kieszeni dwie płyty z Marią João Pires oraz z Marthą Argerich i wręczył je Robertowi, który odłożył jednak pudełka na mój stolik, jakby go parzyły, odwrócił się od nas i wybiegł z pokoju.

Mendelssohn wzruszył ramionami, spojrzał w górę, jakby szukał wsparcia i ruszył za przyjacielem.

No cóż! Mam dwie płyty! No to do roboty!

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 460. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: