– Czyżbym dobrze wyczuwał, że twoje powątpiewanie w wiarygodność Ksiąg Machabejskich zwiastować może kryzys wiary, czający się gdzieś w zakamarkach mózgu? – usłyszałem zza pleców głos Felixa, ale dość długo nie odwracałem się ku niemu. Nie to, że nie chciałem kłopotliwych rozmów, wręcz przeciwnie, uwielbiam drażliwe tematy. Są takie… ożywcze, a tutaj to niezwykle cenne doświadczenie.

Nie odwracałem się wyłącznie z tego powodu, że wciąż wyczekiwałem, czy odezwie się za chwilę również głos Roberta. Z nim nie miałbym dzisiaj ochoty na rozmowę, a jakoś tak się ostatnio składa, że Schumann stał się nieodłącznym towarzyszem Mendelssohna.

Nie doczekawszy się żadnej złośliwości ani jakiegokolwiek nieprzyjemnego przytyku, uznałem, że Roberta nie ma za moimi plecami. Gdyby był, na pewno by nie wytrzymał. Odwróciłem się powoli… Felix był sam. Gdzieś pod samą ścianą stołówki zobaczyłem Roberta przymilającego się do Clary. No, no…

– Może miałbym na to lekarstwo? – słowa Felixa sprawiły, że oderwałem wzrok od Clary – może lektura Ksiąg Królewskich opisujących dzieje Eliasza przywróci ci zaufanie i wiarę?

Sprytnie, bardzo sprytnie – pomyślałem, ale nie dałem po sobie poznać, że intencje Felixa rozgryzłem w mig.

– Pewnie posłuchamy też jakiejś muzyki, więc może lepiej będzie, jak pójdziemy do ciebie, u mnie szwankuje ostatnio Nekronet – powiedziałem, a wyraźnie uradowany Felix odwrócił się, kilkakrotnie machnął do Roberta i nie zważając na moją skwaszoną już minę, entuzjastycznie krzyknął:

– Robert, kończ amory, idziemy!

Kilkanaście wykonań „Eliasza” leżało już na stoliku, ale Felix nie spieszył się z włączeniem muzyki. Wyraźnie chciał wcześniej porozmawiać. Postanowiłem mu to ułatwić:

– Czemu akurat Eliasz? – krótkim pytaniem uruchomiłem lawinę.

– Wychowany na arturiańskich legendach i na lekturze Waltera Scotta od wczesnomłodzieńczych lat kochałem Anglię i Anglików – zaczął Felix, a ja szybko przekonałem się, jak byłem w błędzie, sądząc, że zdanie to nie ma związku z Eliaszem.

– Muzyka w Anglii przez dobre dwieście lat była całkowicie zdominowana przez kompozytorów kontynentalnych, zazwyczaj Niemców. Wystarczy wspomnieć Händla i Haydna. Czym oni obaj zachwycili kochających śpiewy Anglików? Oratoriami! Marzyło mi się, by stać się równym Händlowi…

– W Anglii byłem wielokrotnie i najchętniej wcale bym stamtąd nie wyjeżdżał. Do tego potrzebna mi była taka twórczość, która mogłaby przynieść sławę i status, jakie w Anglii uzyskał Händel. Uznałem, że również mi potrzebne są do tego oratoria o żydowskiej tematyce. I tu pojawił się problem, bo wielu bohaterów hebrajskiej Biblii obrobił już Händel.

Skrzywiłem się na słowo: „obrobił”, ale jakoś i mi podpasowało ono do Händla. Nawet lekko się uśmiechnąłem do siebie, wyobrażając sobie Händla obrabiającego w kolejnych oratoriach Esther, Saula, Samsona, Semele, Judę Machabeusza, Joshuę, Solomona, Jeftę czy wreszcie samego Mesjasza.

– Na dodatek ochrzciłem się i przeszedłem na chrześcijaństwo i ten fakt też musiałem uwzględnić w swoich wyborach. Zacząłem od świętego Pawła, ale później przez kilka lat nie dostałem żadnego libretta, które miałoby wprawdzie religijne przesłanie, ale zawierałoby jednocześnie poziom dramaturgii, niezbędny dla wyrażania w muzyce emocji. Losy Eliasza wydawały się spełniać oba warunki.

– Czy pamiętasz, że Eliasz, to jedna z dwóch osób w Starym Testamencie (obok Henocha), która została wzięta do nieba za życia, z ciałem, bez odkupienia pierworodnej winy, przed przyjściem Mesjasza? Czyż samo to nie jest już fascynujące?

– O libretto poprosiłem najpierw Klingemanna, pewnie pamiętasz go z mojej podróży z nim do Szkocji. Byłem pełen werwy do komponowania, prosiłem go wielokrotnie, wręcz błagałem o tekst, a on zwodził mnie przez kilka lat, aż w końcu napisał mi, żeby sobie poszukał innego librecisty.

– Wróciłem do Schubringa, który pomagał mi przy „St. Paulu”, ale i to też nie był szczęśliwy pomysł.

– Julius Schubring jako ksiądz katolicki próbował uczynić z oratorium o Eliaszu religijny moralitet i tak manewrował biblijnym tekstem, byleby wyszło na jego chrześcijańską modłę. Ile ja się z nim wykłócałem, nie chcąc się zgodzić na pojawienie się po wniebowzięciu Eliasza postaci Jezusa Chrystusa występującego jako Mesjasz! Okazało się, że chrzest chrztem, ale żydowskich korzeni nie da się jednak tak łatwo wykorzenić…

– Chciałem w oratorium dramaturgii, którą wyczuwam w starotestamentowych opisach zawiłych losów proroków, podlegających wszelkim przejawom życia, niekiedy także tym podłym i brutalnym, a Schubring wciąż kierował mnie w stronę mesjanistycznego przekazu wygłaszanego w nudnych monologach. Ciężko było!

Człowiek nie staje się prorokiem z własnego wyboru. To życie wokół i ludzie wokół dzięki wielorakim przypadkom czynią go wybrańcem.

Czy mówilibyśmy o Eliaszu, gdyby nie król Izraela Achab, który zapragnął poślubić Jezebel – córkę króla Fenicji/Sydonu (dzisiejszy Liban)? Czy gdyby Jezebel nie okazała się czcicielką semickiego boga deszczu, urodzaju i płodności Baala i jego matki Aszery, to kogokolwiek zainteresowałaby pustelnicza egzystencja Eliasza?

Jezebel organizująca dla męża rytualne orgie i spektakle ofiarne, podczas których składano ofiary z niemowląt, tak skutecznie opętała Achaba, że ten uznał za prawdę, że Aszera, zwana „matką bogów”, była żoną samego Jahwe i nakazał, aby religia Jezebel stała się narodowym wyznaniem Izraela. Pobudowano ołtarze dla Baala, a i Aszera doczekała się setek posągów i posążków, przedstawiających ją zawsze nago z ogromnymi pośladkami i bujnymi piersiami. Tak wyobrażano sobie „matkę bogów”…

Oratorium Mendelssohna rozpoczyna się przepowiednią Eliasza ostrzegającego Achaba przed karą Jahwe za przyjęcie przez Izrael bałwochwalczego kultu Baala. Cios był wymierzony precyzyjnie. Skoro Baal był bogiem deszczu, to karą stała się długotrwała susza.

Po przekazaniu proroczego ostrzeżenia Eliasz prowadzony głosem aniołów ukrywa się przy darzącym go wodą potoku Kerit na wschód od Jordanu, gdzie na polecenie Jahwe każdego kolejnego dnia karmią go kruki.

Gdy w efekcie długiej suszy również potok wysechł, aniołowie kierują Eliasza do wdowy w Sarepcie koło Sydonu, gdzie mnożąc w nieskończoność jej zapas jedzenia i oliwy, a później ratując jej syna, który przestał oddychać, potwierdza, że „jest mężem Bożym, a słowo Pańskie w jego ustach jest prawdą”.

Gdy po wielu dniach i miesiącach Jahwe zdecydował wreszcie spuścić na ziemię deszcz, nakazał Eliaszowi powrót do Achaba, by skłonić go do udziału w wyzwaniu mającym określić, kto jest prawdziwym wszechmogącym bogiem Izraela.

Przeciwko jednemu jedynemu Eliaszowi stanąć miało 450 proroków Baala oraz 400 proroków Aszery utrzymywanych przez Jezebel a widownią pojedynku na górze Karmel miał być cały lud Izraela.

Złożono ofiary z dwóch cielaków, lecz żadne modlitwy, zaklęcia, czy nawet samookaleczanie się proroków Baala i Aszery nie potrafiły wyprosić od boga deszczu przyjęcia ofiary. Dopiero modlący się do Jahwe Eliasz przywołuje ogień Pana spopielający ofiarę. Widząc swą moc, Eliasz nakazuje obserwatorom modłów sprowadzenie wszystkich pogańskich proroków do płynącego u podnóża Karmelu potoku Kiszon, gdzie zostali zabici na chwałę Jahwe.

I wtedy dopiero spadł deszcz!

Poniżona i ośmieszona Jezebel wydaje wyrok śmierci na Eliasza, zmuszając go do ucieczki pomiędzy groty Karmelu, gdzie wiodąc pustelnicze życie, naśladowane później przez karmelitów, prosi Jahwe każdego dnia o odebranie mu życia, argumentując, że nie jest lepszy od swoich przodków, lecz zamiast śmierci znajduje codziennie strawę pozostawianą przez chroniących go aniołów.

Coraz bardziej tęskniący za bożą obecnością Eliasz prosi w modlitwie o pomoc i w odpowiedzi słyszy piękną arię anioła, który śpiewa: „Wstań teraz, zbierz się bez ociągania, stań na górze przed Panem; albowiem tam ukaże się Jego chwała i zajaśnieje nad tobą”.

Stojąc na szczycie góry, Eliasz przeżywa pięknie przedstawione przez Mendelssohna: silną wichurę rozrywającą skały (lecz Pana nie było w tej burzy), napawające lękiem trzęsienie ziemi (tu również nie było jednak Pana) i ogień trawiący wszystko dokoła (Pan nadal był nieobecny) i dopiero pozbawiony akompaniamentu sopranowy cichy głos, na który odpowiedział chór aniołów, sprawił, że Eliasz dostrzegł, że w tym głosie szedł przed nim Pan.

Jahwe podtrzymał Eliasza na duchu, mówiąc mu, że zostawi w Izraelu „siedem tysięcy takich, którym kolana nie ugięły się przed Baalem i których usta go nie ucałowały” i nakazuje prorokowi wyruszyć w drogę do Damaszku, by tam namaścić Chazaela na króla Aramu, a później Jehu na króla Izraela, a później Elizeusza, syna Szafata z Abel-Mechola, na swojego następcę. Wtedy misja Eliasza dobiegnie końca i znów się spotkają.

– Jak wynika z Drugiej Księgi Królewskiej, Jahwe dotrzymał swej obietnicy, zabierając Eliasza w ognistym rydwanie do nieba – głos Felixa wyrwał mnie z zamyślenia.

– Czyż nie jest to fascynująca opowieść? – Mendelssohn wbił we mnie wzrok, czekając na potwierdzenie. Uprzedził mnie jednak Schumann i znowu mnie nie zawiódł:

– Owszem, całkiem, całkiem. Anglicy jednak wciąż woleli Händla. Podczas premiery w Birmingham, aby zadowolić publiczność tuż po zakończeniu „Eliasza” odegrano kilka słynnych fragmentów z oratoriów Händla i spektakl zwieńczono hymnem koronacyjnym „Zadok the Priest”. Mało to było eleganckie!

– Owszem, zabolało, ale nie zraziłem się do oratoriów. Myślałem o świętym Piotrze, a na moim pośmiertnym biurku znaleziono pierwsze szkice do oratorium o Jezusie… Zresztą, drugie przedstawienie w Exeter Hall w Londynie uświetniła obecność Królowej Wiktorii i Księcia Małżonka, i to była dla mnie piękna chwila chwały.

– Książę Albert obdarzył mnie eleganckim komplementem wpisanym po niemiecku do swojego egzemplarza programu, który został mi wręczony rano w dniu wyjazdu z Anglii: „Szlachetnemu artyście, który, otoczony kultem Baala przez zdegradowaną sztukę, zdołał przez swój geniusz i naukę wiernie zachować, jak inny Eliasz, kult prawdziwej sztuki i ponownie przyzwyczaić nasze ucho, pośród wiru pustych, frywolnych dźwięków, do czystych tonów współczującego uczucia i prawowitej harmonii; Wielkiemu Mistrzowi, który sprawia, że jesteśmy świadomi jedności jego koncepcji, poprzez cały labirynt jego stworzenia, od delikatnego szeptu do potężnego szaleństwa żywiołów”.

– Czułem się wtedy jak Eliasz – szepnął Felix – byłem wniebowzięty!

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 489. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: