Po wczorajszej wizycie u Liszta wróciłem do swojego pokoju, gdzie bez muzycznego sprzętu, którym delektowałem się u Franza jak ambrozją, wydawał mi się obskurną norą, pustą i głuchą…

Liszt, udając skromnego, przypomniał mi wczoraj, że nie tylko on przez lata wspierał budowę mojego pośmiertnego pomnika w Bonn, ale próby takie podejmował również Robert Schumann, także Berlioz był mocno zaangażowany w przedsięwzięcie, choć on akurat głównie chciał przy tej okazji wypromować swoje Requiem.

Szczery w intencjach Robert wspierał Liszta na swoją ówczesną mikrą miarę, a na dodatek miał w tym czasie inne problemy na głowie. Wściekły ojciec Clary Wieck nakazał jej zerwać wszelkie kontakty z biednym, dosłownie i w przenośni, Schumannem i wymusił na niej nawet odesłanie listów i dedykowanej jej przez zakochanego Roberta sonaty fis-moll.

Zrozpaczony Schumann znalazł jednak sposób na kontakt ze swoją ukochaną. Doskonale wiedział, że Clara z upodobaniem grywa moje kompozycje i postanowił przemycić jej informację w postaci muzycznego cytatu z jednej z moich pieśni.

Muszę przyznać, że zrobił to całkiem sprytnie, bo treść pasowała jak ulał: „Weź więc te pieśni, które ci śpiewałem. Pieśni namiętności, pieśni bólu. Pozwól im, jak delikatne echo, przywołać ponownie całą naszą miłość„.

Ech, ci zakochani!

Żeby wzmóc wydźwięk tego muzycznego listu, poprzedził nowo skomponowany utwór cytatem z wiersza Karla Wilhelma Friedricha von Schlegla: „We wszystkich tonach tego barwnego ziemskiego snu rozbrzmiewa jedna cicha nuta dla tego, kto słucha potajemnie„, jasno dając do zrozumienia, że tą „cichą nutą” jest właśnie Clara.

Jednoczęściowa kompozycja otrzymała wymowny tytuł: „Ruiny”, a gdy dwa lata później Schumann ponownie nawiązał kontakt z ukochaną, napisał jej w liście, że jest to „najbardziej namiętny utwór, jaki kiedykolwiek skomponował” – głęboki lament nad utraconą miłością.

Tak się złożyło, że brat Friedricha Schlegla, od którego Robert zapożyczył motto do „Ruin”, stał na czele bońskiego stowarzyszenia na rzecz budowy mojego pomnika i to właśnie on – August Wilhelm von Schlegel podsunął Schumannowi myśl o wydaniu „Ruin”, zawierających już przecież cytat z mojej pieśni, z przeznaczeniem dochodu z edycji na mój pomnik.

Muszę przyznać, że nie była to taka błaha sprawa. Ani w Niemczech, ani w Austrii nie było dotychczas zwyczaju stawiania pomników muzykom, ani komukolwiek ze świata kultury. Nie mieli pomników ani Mozart, ani Haydn, a nawet w wielkim Wiedniu, w którym spędziłem większość dorosłego życia i gdzie przecież umarłem, pomnik wystawiono mi dopiero w 1880 roku.

Pomysł spodobał się Schumannowi, tylko że… żaden z wydawców, nawet tych lokalnych, nie chciał wydać jednoczęściowego „lamentującego” utworu. Nie pomogło nawet ograniczenie planowanego nakładu do 100 egzemplarzy w czarnej oprawie ze złotymi wykończeniami.

Zdeterminowany Schumann postanowił uzupełnić utwór do sonatowej formy, zmienił nazwę, mianując kompozycję fantazją i chcąc zwiększyć szanse na wydanie, dedykował ją… Lisztowi.

Fantazję wydano w największym niemieckim wydawnictwie, Liszt wyrażał zachwyty, Clara popłakiwała w zaciszu posiadłości swojego ojca, ale ani Franz, ani przyszła żona nigdy tej fantazji nie wykonali publicznie za życia Schumanna. Jako pierwszy zrobił to w 1862 roku, o ironio losu, Johannes Brahms, który tak mocno namieszał w życiu Clary i Roberta…

Co mogło być powodem tej dziwnej wykonawczej wstrzemięźliwości? Może niezwykle osobisty charakter skomponowanej muzyki? Ta konfundująca intymność muzyki jest tu tak intensywna, że Franz Liszt uznał fantazję za zbyt trudną do zrozumienia dla szerszej publiczności, ale wszystkich swoich przyszłych uczniów nakłaniał jednak do wnikliwego jej studiowania.

Jednym z najwybitniejszych wykonawców tego miłosnego listu Schumanna do Clary był przez lata Swiatosław Richter, ale nawet on nigdy nie pozwolił sobie na całkowite odkrycie swych emocji podczas publicznych występów, twierdząc, że nokturnowy finał Fantazji jest tak „niewiarygodnie głęboki„, że uniemożliwia grę bez świadomie wciśniętych do oporu emocjonalnych hamulców.

Bardzo lubię grę Richtera i kilku innych pianistów i pianistek w tej fantazji Schumanna, ale zupełnie nie spodziewałem się swoich reakcji, gdy usłyszałem jej trzecią część w wykonaniu Sergio Fiorentino.

Siedziałem w fotelu, powolutku poruszając się w stronę wyłaniających się zza nut zmór: rozpaczy, smutku, rozżalenia i próbując je od czasu do czasu przegonić energiczniejszym potrącaniem głowy. Poruszałem się powoli, zamierająco, a mimo tego wiedziałem, że już, już, za chwilę, mogę boleśnie rozbić się o mur swego przygnębienia, którego nie blokują już żadne hamulce.

A potem kolejny raz, i kolejny, i nawet gdy niesiony muzyką melancholijny, medytacyjny nastrój próbował mi czasami wmówić, że warto się buntować, że jest nadzieja, że kołyszący spokój i kojąca cisza to dobre objawy zaniku rozpaczy, szybko znów zauważałem smutek i tak bardzo chciałem się wtedy wtulić…

Uwielbiam te chwile, gdy oddech uzależnia się od rytmu muzyki, gdy cały świat mieści się w moich uszach, a łzy kapiące z obrzeży mojej duszy, stają się bezspornym dowodem na istnienie grawitacji również tu w DNM-ie…

Uwielbiam te chwile!

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 411. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: