Naprawdę muszę więcej uważać na to, o czym piszę w kronice. Ostatnio musiałem przepraszać Telemanna, a dzisiaj zapowiedział się z wizytą mocno niezadowolony Schumann.

Przeczytałem przed jego przyjściem wszystkie dotychczasowe wpisy o nim i nic takiego, co mogłoby go obrazić nie znalazłem, ale widocznie coś jednak przegapiłem…

Robert przyszedł do mnie zaraz po kolacji i nie odkładając drażliwych tematów na później, powiedział niemiłym, a jednocześnie wyraźnie smutnym głosem:

– Dopiero z twojej kroniki dowiedziałem się, że podczas mojego pobytu w szpitalu psychiatrycznym Clara pozwoliła Brahmsowi zamieszkać u siebie. Dla mnie to informacja na tyle bolesna, że gdyby tu u nas w DNM-ie były jakieś mosty, to na pewno znowu bym się rzucił…

No i masz ci babo placek, a tak uważałem… Gwałtownie szukałem w myślach sposobu jakby naprawić swoją niefrasobliwą niedomyślność, ale chyba jednak znów myślałem zbyt krótko:

– Oni oboje mogli na twoim fortepianie obmyślać palcówki do tych utworów, które Clara wydała po twojej śmierci – powiedziałem, ale widząc zbolałą minę Roberta, zdałem sobie sprawę z kolejnego foux pas, jakie popełniłem. Za późno!

– Może to wszystko to jednak moja wina – szepnął Robert, z trudem przełykając ślinę.

Nie odzywałem się, żeby znowu nie pogorszyć sytuacji, a Schumann, korzystając z ciszy zaczął opowiadać:

– Od zawsze mówiłem Clarze, że jest nas dwóch: energiczny i dynamiczny Florestan oraz subtelny i introwertyczny Euzebiusz. Pisałem pod tymi pseudonimami do swojej gazety „Neue Zeitschrift für Musik”, pod takimi inicjałami ukrywałem swoje kompozycje i dedykacje w nich, dzięki temu ukryciu przemycałem do niej i kolejne listy, i kolejne utwory, w których jeden z nas roztapiał się w romantycznych uniesieniach, a drugi wybuchał z dzikiego pożądania. Ta dwoistość tęsknoty uczuć i erupcji zmysłów towarzyszyła naszemu związkowi aż do ostatnich naszych wspólnych dni. Może dlatego tylko jeden towarzysz na stałe to było dla Clary zbyt mało?

– Gdy walczyłem o Clarę z jej nieprzejednanym ojcem, zawsze komponowałem z myślą o niej. W „Tańcach Związku Dawida” zacząłem od cytatu z jej mazurka, aby od razu wiedziała, że mówię tylko do niej, a później starałem się opisać targające mną intymne marzenia i natarczywe pragnienia. Już w motcie zacytowałem stare przysłowie, że „przyjemność i smutek zawsze są ze sobą połączone i trzeba umieć być niewinnym w przyjemności, ale też i dzielnie znosić smutek”.

– W osiemnastu częściach cyklu Florestana dopuściłem do głosu w trzeciej, czwartej, szóstej, dziesiątej i dwunastej, a Euzebiusz łagodzi porywy w drugiej, piątej, siódmej, jedenastej i czternastej. Cała muzyka jest tak prywatna, że nie zazdroszczę pianistom chcącym ją w pełni zrozumieć.

– Nawet Clarze musiałem w osobnym liście wyjaśnić, co miałem na myśli i jak bardzo muzyka ta przesycona jest pragnieniem połączenia się z nią. Zwierzyłem się jej, że komponując te tańce, czułem się jak podczas przedślubnego wieczoru, gdy zaproszeni goście tłukli szkło i porcelanę przed jej domem rodzinnym, aby zapewnić nam szczęście i pomyślność w przyszłości…

– No i proszę. Ja do niej z sercem na dłoni, a ona myślała o palcówkach z Brahmsem. To niesprawiedliwe i krzywdzące!

Nie mogłem dłużej milczeć:

– Ja naprawdę nie wiedziałem, że ty nie wiedziałeś. Wybacz…

INSPIRACJA WPISU: