To był szalony dzień. Chodziłem za Bergiem od pokoju do pokoju i dopiero napotkany na korytarzu Charles Ives skierował mnie do sali odsłuchów, w której zbierali się wszyscy, podobno na specjalne zaproszenie Bernsteina. Nie miałem nawet czasu zastanowić się, czemu mnie nikt nie zaprosił, bo dałem się porwać sznurowi osób idących w tę samą stronę i po chwili stałem już w progu sali zapełnionej niemalże do ostatniego miejsca.

– Co to za okazja? – spytałem Ivesa, który nie widząc żadnego wolnego krzesełka, zatrzymał się tuż obok mnie.

– Ukazała się nowa filmowa wersja „West Side Story” i Lenny nie chciał być sam podczas pierwszego odsłuchu.

– Chyba oglądu? – zaoponowałem, lecz Ives szybko dopowiedział, że Bernstein uparł się, by za pierwszym podejściem posłuchać tylko i wyłącznie muzyki nagranej do filmu. Charles nazwał to ścieżką dźwiękową…

Ostatni do sali wkroczył Leonard, przecisnął się pomiędzy zapełnionymi krzesłami w kierunku przygotowanego dla niego fotela stojącego na samym środku pokoju, zasiadł w nim i bez jakiegokolwiek powitania gości dał znać, by puszczono muzykę.

Już prolog poruszył wszystkich wyczuwaną w każdej nucie zapowiedzią fantastycznego przedstawienia, a wraz z mijającymi kolejnymi chwilami było coraz ciekawiej i tego wspaniałego wrażenia nie zniszczył nawet miałki śpiew Tony’ego (Ansel Elgort).

Dla mnie było to niemalże w każdym momencie szybsze, dynamiczniejsze, głośniejsze, bardziej rytmiczne (choć trudno było uwierzyć, że to w ogóle możliwe), a jednocześnie bardziej aktorskie, przejmujące, żarliwe, romantyczne, żartobliwe, autentyczne i jednocześnie… filmowe niż jakiekolwiek inne dotychczasowe wykonanie, z Bernsteinowym włącznie.

Przyglądałem się uważnie Leonardowi, który z zamkniętymi oczyma zachowywał pokerową twarz aż do momentu, gdy usłyszał głos Rity Moreno, która sześćdziesiąt lat wcześniej zatrudniona została do roli Anity i dostała za tę kreację Oscara, a dziś jako 90-latka w niewiarygodny sposób odśpiewywała „Somewhere”.

Wspomnienia pobudzone przez Ritę sprawiły, że Lenny zasłonił oczy rękoma, wstał i stał tak w bezruchu na środku sali, a gdy chwilę później usłyszał piorunująco przejmujący śpiew nowej Anity (Ariana DeBose) w pieśni „A Boy Like That” i niezwykłą odpowiedź Marii (Rachel Zegler) śpiewającej „I Have a Love”, w której otuliła miłością zrozpaczoną i wściekłą Anitę, to łzy wyciekły mu spod palców i strugami lały się na posadzkę. Muszę przyznać, że i mnie poruszyło to bardzo, bardzo… Jak to było? „Kiedy miłość jest tak silna, nie ma dobra ani zła”…

Finał ścieżki dźwiękowej pozwolił uspokoić się Bernsteinowi, który wyszeptał do zebranych tylko kilka słów:
– Słuchając tylko muzyki ja już obejrzałem cały film, widziałem dokładnie w szczegółach każdą scenę… – nie dokończył, wsłuchując się w muzykę puszczaną na napisach końcowych filmu, a każda zauważona dyskretna zmiana w tekście kolejnych melodii lub w ich aranżacji wywoływała coraz szerszy uśmiech na jego twarzy. Był zadowolony!!!

Gdy muzyka ucichła rozluźniony podniósł rękę do góry, sygnalizując chęć zabrania głosu, a gdy wszyscy zastygli w oczekiwaniu dłuższej przemowy, Lenny powiedział tylko dwa zdania:

– I pomyśleć, że ja tak bardzo wściekałem się na Carrerasa. Od dziś nie powiem już na jego temat ani jednego złego słowa… – po czym zmęczony emocjonalnym wysiłkiem opadł na fotel, pochylił się i zamknął się w swoich wspomnieniach i przeżyciach, z rąk zasłaniających oczy czyniąc zaporę nie do przejścia dla kogokolwiek.

Goście zaczęli się rozchodzić, a ja wypatrzyłem wreszcie Albana Berga. Poczekałem, aż będzie mnie mijał i zagrodziłem mu drogę. Zanim zdążyłem się odezwać, Austriak uprzedził mnie i powiedział:

– Czytałem wpis na swój temat i mam trzy uwagi: po pierwsze nadal szanuję Schoenberga i nadal się z nim przyjaźnię; po drugie nie ustalam dyżurów członkom komisji weryfikującej DNM-u, a ty mistrzu przecież wciąż jeszcze do niej należysz; i po trzecie – jeśli rzeczywiście podoba ci się mój koncert skrzypcowy, to nie potrafię zrozumieć, jak mogłeś w swojej kronice pominąć koncert Łotysza Pēterisa Vasksa o zagadkowym tytule „Tālā Gaisma”, co po łotewsku oznacza „odległe światło”. Bardzo gorąco ci ten koncert polecam, nie będziesz zawiedziony…

Chciałem odpowiedzieć, że utwory, które pominąłem, pojawią się na końcu kroniki już bez zachowywania chronologii i że na kilka utworów Vasksa zwracano mi już uwagę, lecz nie zdążyłem tego uczynić, bo na ramieniu poczułem dłoń, która nie tyle mnie dotykała, ile raczej silnie i zdecydowanie obracała mnie w stronę swojego właściciela. Poddałem się temu obrotowi i zobaczyłem stojącego chwilę temu za mną, a teraz już przede mną Leonarda Bernsteina.

– Mam prośbę – zaczął Lenny – czy nie mógłbyś mistrzu uczynić wyjątku i wstawić się za przyjęciem do Domu Nieśmiertelnego Muzyka Stephena Sondheima, który zmarł niecały miesiąc temu. Bez jego tekstów do „West Side Story” nic nie byłoby takie same. Bardzo proszę…

– Zobaczę, co da się zrobić – odpowiedziałem i… uciekłem, nie chcąc negatywną odpowiedzią psuć Lenny’emu humoru akurat dziś.

Po powrocie do siebie chciałem ponownie w samotności wysłuchać muzyki Bernsteina i przymierzałem się do tego kilkakrotnie, ale coś mnie blokowało. Nie chciałem zatracić odczuwanej wciąż magii spotkania w zapełnionej wyczuwaną adoracją sali odsłuchu. Wrócę na pewno do tej muzyki i wracać będę zawsze do końca mojego świata, lecz już nie dziś…

Przypomniałem sobie o koncercie Vasksa i tak się zatopiłem w jego słuchaniu, że na chwilę zapomniałem o Lennym i o Tonym, Marii i Anicie…

Słuchałem z radością muzyki Łotysza i bardzo zapragnąłem podzielić się z kimś tym swoim radosnym stanem. Pierwszym odruchem była chęć pójścia do Bacha, ale ponieważ nie widziałem go u Bernsteina, uznałem, że może nie powinienem mu przeszkadzać w odpoczynku lub innych zajęciach. Niepokoiło mnie wprawdzie, czy jego nieobecność nie oznacza jakichś kłopotów, ale uznałem, że jeśli pójdę do Händla, to dowiem się od niego wszystkiego również o mieszkającym po sąsiedzku Bachu.

W drodze do Händla powtarzałem sobie cytat z Vasksa, który chciałem powtórzyć moim starszym kolegom, a który tak bardzo mi pasował nie tylko do koncertu genialnego Łotysza, ale i w całej rozciągłości do wciąż łopoczącego w mej duszy „West Side Story”:

Muzyka jest najpotężniejszą ze wszystkich muz, ponieważ najłatwiej dociera do boskości. To prawda, że muzyka jest abstrakcją, ale to właśnie dźwięki są w stanie wyrazić ducha. Tego nie da się wyrazić słowami”.

Nie wiem, czy z takim poglądem zgodziłby się Sondheim? Może rzeczywiście powinniśmy go przyjąć do DNM-u. Skomponował tyle musicali… Hmm, muszę to jeszcze raz przemyśleć!

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 450. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: