Wciąż mnie zdumiewa, z jaką sprawnością rozchodzą się po naszym Domu Nieśmiertelnego Muzyka wieści dobre i ważne. Pomimo tego, że wybrałem się do Rachmaninowa naprawdę wcześnie rano, wcale nie byłem pierwszy, ba, chyba nie byłem nawet setny. Gdyby nie Respighi stojący przy drzwiach do pokoju Siergieja pewnie bym się nawet nie dostał do środka:

– Sierioża czeka na ciebie mistrzu – głośno obwieścił Ottorino, a liczni zebrani na korytarzu przepuścili mnie, co było nawet miłe, z lekkim pomrukiem akceptacji.

W spowitym półmrokiem poranka pokoju przyuważyłem dwie prawie dwumetrowej wysokości postacie, z których ta wyższa trzymała rękę na ramieniu niższej w wyraźnym geście pocieszenia. Zbliżyłem się, wpatrując się niemalże w sufit pokoju i miałem wrażenie, że obaj, aby mnie zauważyć, będą musieli przykucnąć.

Na szczęście Siergiej usłyszał moje chrząkniecie, obrócił się w moją stronę i leciutko zakłopotany sytuacją powiedział cichutko:

– Pozwól mistrzu, że przedstawię ci barytona Dmitrija Chworostowskiego, który jest u nas od kilku lat.

Dmitrij pochylił się, by podać mi dłoń i rzekł:

– Od dzisiaj może być tak, że nikt nie będzie chciał słuchać moich romansów Siergieja. Na ziemi zabłysły nowe gwiazdy. I nie chodzi mi tylko o Alexandra Anisimova, choć jego bas cudnie pieści moje uszy, ale również i o niezwykle odważną pianistkę Beatę Szałwińską. Jej fortepian każdą z pieśni gra jakby była ona solowa, a jej odwaga tkwi w wielokrotnym uczynieniu z fortepianu instrumentu jakby basowego, tak, właśnie basowego, co tak cudnie uzupełnia śpiew. Niewiarygodnie dopasowany duet…

– Nie przesadzaj Dymitrze, czasami mogłaby trochę odpuścić, choć przyznać muszę, że przy takiej jej grze to często mam wrażenie, że jest odwrotnie, niż mówisz, że to śpiew uzupełnia fortepian – wtrącił się Rachmaninow, wyraźnie chcąc dodać kilka własnych elementów do rysowanej przez barytona laurki.

– Wspaniałe jest to, że to chyba całkowicie świadomy zabieg, na który zdecydowałoby się chyba niewielu pianistów. A przy tym ona potrafi grać również lirycznie i sentymentalnie, co udowodniła w czterech solowych transkrypcjach autorstwa Frédérica Meindersa, w tym w interesującej wersji „Wokalizy”.

– Nicholas McCarthy będzie miał ten sam problem, co ja. Jego wokaliza w tej samej transkrypcji przestanie cię wreszcie irytować – Dmitrij aż się uśmiechnął z lekką ulgą pocieszenia.

– To co, posłuchamy? – Siergiej spojrzał na mnie pytająco.

– Teraz nie mogę, wzywają mnie kronikarskie obowiązki, posłucham jej jednak w nocy i obiecuję, że jeśli będzie tak, jak mówicie, to natychmiast dodam tę płytę do wpisu o twoich pieśniach, który w kronice zamieściłem ponad rok temu.

Pożegnałem się z Chworostowskim oraz z wyraźnie zawiedzionym Rachmaninowem i ruszyłem ku wyjściu, nieodprowadzany przez żadnego z tych wielkoludów. W drzwiach drogę zagrodził mi dość bezceremonialnie Respighi.

– Słyszałem, że wzywają cię obowiązki kronikarskie. Może mógłbym się przydać? Wiem o świętach w Rzymie i innych jego atrakcjach dużo więcej niż wczoraj napisałeś…

Jęknąłem tak rozpaczliwie, że nie uszło to uwagi Ottorino. Nigdy nie umiałem oprzeć się jego rzymskiemu tryptykowi, a jeszcze, teraz gdy wpadnę w sidła samego Respighiego, to jak nic skończy się znowu na całonocnym słuchaniu. A przecież obiecałem Sierioży…

– Zaczniemy spokojnie obrazem miejskich fontann w różnych porach dni – Respighi nie dał mi szans na odmowę.

– Najpierw Rzym o świcie z sennie przelewającą się wodą w fontannie Valle Giulia, z której chłepcze osiem żółwi tkwiących w dolnej części basenu. Ta zdobiona girlandami kwiatów i owoców fontanna pozwala wodzie spływać statecznie i całkiem niepodobnie do fontanny Trytona tryskającej o poranku ożywczą wodą z pyska morskiego boga klęczącego na muszli, którą podtrzymują swoimi ogonami delfiny stojące na głowach.

– Woda rozpryskuje się ze szczytu rzeźby, a Tryton gra na rogu jakby od rana przywoływał mieszkańców Rzymu do identyfikacji zwłok wystawianych na widok publiczny właśnie przed tą fontanną jeszcze w końcu XVIII wieku.

– W południe słychać w Rzymie fanfary dobiegające z fontanny di Trevi mającej postać łuku triumfalnego, przez który przejeżdża rydwan Neptuna ciągnięty przez dwa konie morskie. Tryskająca z wielu miejsc życiodajna woda wpada do zbiornika symbolizującego ocean szumiący łagodnymi falami. Orszak Neptuna oddala się niespiesznie w stronę oceanu z dźwiękiem syren śpiewających harfami, a potęgę Neptuna jednoczącego się z falami podkreślają ginące w oddali odgłosy trąbek.

– A na koniec dnia melancholijna sjesta przy skromnej fontannie w Villa Medici z widokiem za czasów Respighiego na zachód słońca nad Bazyliką świętego Piotra na Watykanie.

Słuchając Ottorino, nawet nie zauważyłem, kiedy doszliśmy pod drzwi jego pokoju, a on otworzył je przede mną i… lekko mnie popchnął do środka. Przepadłem!

Musiałem wysłuchać o piniach rzymskich, które od wieków sadzono wzdłuż ulic, w parkach, ogrodach, na placach zabaw, by dzięki swoim parasolkowatym koronom dawały cień, chroniły przed wiatrem i jeszcze karmiły pysznymi orzeszkami.

Te sosny widziały radosne zabawy dzieci, które wręcz wrzeszczą nie do wytrzymania w ogrodach Villa Borghese. Chwilę później dla przeciwwagi towarzyszą pogrzebowym obrzędom w katakumbach w tak przejmujący sposób, że czujemy się jakbyśmy rzeczywiście zeszli do kaplicznych podziemi.

I znów dla kontrastu klarnetowe solo grane „jak we śnie” przenosi nas w senny wieczór oświecony księżycem i udekorowany śpiewem słowika ze szczytów rosnących na wzgórzu pinii.

A potem przenosimy się na Via Appia, gdzie wśród szpaleru sosen w blasku wschodzącego słońca zmierza do Rzymu zwycięski legion. Słyszymy go już z oddali, a z każdym odmierzanym kotłami krokiem przybliżającym dumnych legionistów do bram miasta zaczynamy całym ciałem czuć, że drży ziemia pod ich stopami. To dla mnie jeden z najwspanialszych momentów w całej muzyce wszech czasów. Przepadłem!

Po złapaniu oddechu zaczynają się święta rzymskie, festiwale różnej maści i rodzaju. Najpierw starożytne walki gladiatorów, gdzie śmierć każdego z nich akcentują grające z orkiestrą organy. Później niezwykły marsz pielgrzymów słyszących dźwięk rzymskich dzwonów na długo nim widzą rogatki miasta.

Jako prawdziwe święto Respighi potraktował żniwa, a muzyka celebruje zbiór rolnych plonów na równi z obrzędem zaślubin. No i wreszcie beztroska zabawa na Piazza Navona w iście karnawałowym zgiełku pieśni i tańców zwieńczona puzonem udającym pijaka.

– Jeśli nie masz mistrzu czasu, możemy ograniczyć się tylko do Toscaniniego – głos Respighiego uświadomił mi, że przez długą chwilę byłem gdzieś daleko, może nawet w Rzymie. Przepadłem!

Spojrzałem na Włocha jak na wroga. Szkoda mi było nawet czasu na tłumaczenie mu, że ja już od kilku minut maszeruję z legionistami aleją pod piniami, krążę po katakumbach i walczę o życie na arenie. Czy on tego nie widzi?

– Głodnego nakarmić, spragnionego napoić – nie słyszałeś o tym. Dawaj wszystko, co masz! – burknąłem, siadając w niewygodnym fotelu Respighiego. No i przepadłem!

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 473. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: