Wiem, że wielu w DNM-ie traktuje mnie jak gbura, może nawet chama i szczerze powiedziawszy, jest mi z tą łatką całkiem dobrze. Nie przepadam za egzaltowanymi publicznymi pozami i może dlatego tak bardzo dbam, by nikogo nie dopuszczać do siebie zbyt blisko. Może właśnie dlatego nigdy się nie ożeniłem?

Wcale nie muszę odsłaniać swego płaczu, nie potrzebuję podsuwanych chusteczek i zachwytów nad tym, jaki potrafię być wrażliwy. Nie i już!

Może gdyby Hector nie wyszedł ostatnio tak szybko, zdołałbym mu wytłumaczyć, że absolutnie nie wstydzę się tego, że płakałem nad losem jego Julii, lecz chciałbym to po prostu pozostawić wyłącznie dla siebie samego. No cóż, wyszło, jak wyszło…

Powinienem go jednak przeprosić lub przynajmniej podsunąć mu do przeczytania swój wpis w kronice, w którym przecież mój zachwyt nad jego „Romeo i Julią” jest szczery i chyba stały.

Szukałem osoby, która mogłaby posłużyć za pośrednika, aby cała sytuacja wyglądała bardziej spontanicznie. Niewiele brakowało, a jeszcze pogorszyłbym sytuację. Już byłem w drodze do Debussy’ego, lecz w ostatniej chwili przypomniałem sobie, że Claude nazwał kiedyś Hectora „potworem” i chyba nie brzmiało to, jak komplement.

Wybrałem wariant najbezpieczniejszy. Skoro Ravel nazwał Berlioza „największym kompozytorem Francji” to pewnie jego podszepty, by zerknął do mojej kroniki, zostaną przez Hectora życzliwie wysłuchane.

Po drodze do Maurice’a obmyślałem taki sposób wyłuszczenia mu problemu, aby nie wspominać jednak o swych łzach. Jeden do przeprosin całkiem mi wystarczy!

Jak na złość w pokoju Ravela było tak wielu gości, że gdyby nie to, że Maurice po zauważeniu mnie w drzwiach triumfalnie ogłosił moje przybycie, pewnie bym zawrócił…

– Razem z Saint-Saënsem świętujemy ukazanie się nowego wykonania naszych triów. Cieszę się, że przyszedłeś, siadaj tutaj, proszę – Ravel niecierpliwym gestem przeganiał z fotela Chaussona, aby zrobić dla mnie miejsce. Nie chciałem robić zamieszania i tak oto zostałem…

Zanim popłynęła z głośników muzyka, uwagę wszystkich zwróciła głośna rozmowa, chyba nawet kłótnia dobiegająca z kanapy, na której z trudem mieścili się zaproszeni jako goście honorowi: Heifetz, Rubinstein i Grigorij Piatigorski.

Pragnąc zapobiec nadchodzącej burzy, Ravel przecisnął się pomiędzy gośćmi w stronę kanapy i pojednawczym głosem zapytał:

– Ciasno wam? Może jeden z was usiądzie na krześle pod oknem.

Panowie, na których wszyscy w DNM-ie mówili „Milion Dollar Trio” spojrzeli po sobie ukradkiem, lecz żaden z nich nawet nie drgnął z miejsca. Dopiero po chwili odezwał się Jascha:

– Czy to prawda, że określiłeś swoje trio jako kompozycję na skrzypce, wiolonczelę i fortepian?

– Hmm, sprawiasz mi kłopot tym pytaniem, bo co prawda na okładce zapisałem tak, jak mówisz, ale na pierwszej stronie partytury zapisałem już jednak klasyczną kolejność instrumentów, czyli fortepian, skrzypce i na końcu wiolonczela. Czy to ma jakieś znaczenie? – Ravel wiercił się, jakby czuł nadchodzące kłopoty

– Na każdej okładce nagrań naszej trójki zawsze jako pierwszego wymieniają Rubinsteina. Myślałem, że chociaż na przykładzie twojego tria mógłbym mu udowodnić, że nie miało to żadnego uzasadnienia – Heifetz wyglądał na zdesperowanego

– Mówiłem ci wielokrotnie, że to tylko efekt utrwalonej tradycji, ale do ciebie nic nie dociera – Rubinstein nie zamierzał odpuścić

Nawet gdyby sam Bóg grał na skrzypcach, to i tak na płycie byłoby: Rubinstein, Bóg, Piatigorski – Jascha nie rezygnował, a słysząc to, wszyscy buchnęli śmiechem i tylko niewzruszony zawsze ostatni Grigorij zachował spokój, wzruszając jedynie ramionami.

Ravel uniósł dłoń, co zadziwiająco poskutkowało uciszeniem się zebranych gości, a po chwili ciszy rzekł:

Napisałem tylko jedno arcydzieło. To Bolero. Niestety ono nie zawiera muzyki – po pokoju przeszedł cichy pomruk sprzeciwu – Dziś zapraszam was na trio, które napisałem tuż przed zaciągnięciem się do wojska i choć bardzo się spieszyłem, bo wojna nie chciała poczekać, to nieskromnie powiem, że znajdziecie tutaj sporo dobrej muzyki. Mam nadzieję, że potwierdzą to również Jascha i Artur…

Przywołani skinęli głowami, a pominięty Piatigorski ponownie tylko wzruszył ramionami. Usatysfakcjonowany Ravel zapowiedział nowe wykonanie Tria Sitkovetsky’ego i włączył muzykę. Tym razem nie płakałem, ale przyznać muszę, że bardzo mi się podobało i z radością przyjąłem kolejne nagrania. Wysłuchaliśmy wspólnie kilkunastu wykonań, w tym oczywiście Rubinsteina i Heifetza z dodatkiem Piatigorskiego i tak mnie wciągnęła ta muzyka, że zapomniałem o Berliozie.

Po kilku godzinach odsłuchu ruszyliśmy zgodnie ku wyjściu, a ja w samych już drzwiach zderzyłem się z Grigorijem. Ten objął mnie, jakby tulił swą ukochaną wiolonczelę i radosnym, lekko tajemniczym głosem szepnął mi wprost do Phonaka:

– Rano był u mnie Hector. Jest szczęśliwy. Chwali się twoim wzruszeniem i pewnie dlatego go z nami tutaj nie było. Chyba nie do wszystkich jeszcze dotarł, aby im opowiedzieć, jak płakałeś.

Nawet nie próbowałem oswobodzić się z jego ramion. Śmiałem się sam z siebie aż do łez. Piatigorski sięgnął po chusteczkę i podając mi ją, powiedział lekko zakłopotany:

– Nie wiedziałem, że aż tak cię wzruszę?

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 428. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: