Ostatnie wydarzenia sprawiły, że chyba stałem się nadwrażliwy. Podczas kolacji siedziałem dzisiaj przy stoliku całkiem sam. Nikt nie odważył się do mnie dosiąść. Nawet Bach omijał mnie szerokim łukiem, pewnie bojąc się mojej reakcji za akcję wyreżyserowanych wizyt u mnie, sterowanych przez jego synów.

A ja wcale nie miałem mu tego za złe, nawet byłem wdzięczny…

Co chwilę z sąsiedniego stolika dochodziły mnie odgłosy dość głośnej rozmowy. Nie znałem nikogo z siedzących tam muzyków i nie było w tym nic dziwnego, bo sądząc po ich ubiorach, był to najnowszy narybek DNM-u.

Przyglądałem im się chyba dość nachalnie, bo po chwili również oni zaczęli wskazywać mnie sobie wzrokiem i nieudolnie skrywanymi drogowskazami palców.

Coraz częściej dochodziły do mnie pojedyncze słowa z ich dyskusji. Wyjątkowo często pojawiały się odmieniane przez wszystkie przypadki wyrazy „naiwny” oraz „sentymentalny”, co w połączeniu z palcami wycelowanymi w moją stronę, szybko mnie rozsierdziło do tego stopnia, że postanowiłem zrobić porządek z młodzikami.

Wstałem i energicznie podszedłem do ich stolika, a oni, ku mojemu zaskoczeniu natychmiast wstali, stając w postawie wskazującej na szacunek i wolę podporządkowania. Ten ich gest rozbroił mnie na tyle, że zamiast burzy wydałem z siebie jedynie lekki powiew jesiennego wiaterku:

– To, że, jak już wszyscy wiedzą dzięki Berliozowi, czasami płaczę, wcale nie oznacza, że jestem sentymentalny, a już na pewno nie można o mnie powiedzieć, żebym był naiwny – powiedziałem dość spokojnie, ale na tyle jednak mrukliwie, aby młokosy znali swoje miejsce w szeregu.

– Mistrzu, to wielkie nieporozumienie – odezwał się najgłośniejszy spośród nich, a jego amerykański akcent jakoś dziwnie wyzwalał we mnie i podziw, i tęsknotę, i lęk…

– Carter, poczekaj, ja to wytłumaczę – drugi, chyba również Amerykanin, zwolnił dla mnie miejsce, wskazując krzesło zapraszającym gestem, po czym wyciągnął ku mnie dłoń i powiedział:

– Jestem Cage. Mów mi John…

Usiadłem zaskoczony tą bezpośredniością, a Cage, to znaczy John, złożył ręce jakby do modlitwy i zaczął przemowę:

– Rozmawiamy o moim imienniku Adamsie, Bardzo tu na niego czekamy. Nikt z nas do końca nie rozumie, o co mu chodziło w jego najambitniejszej kompozycji, którą oparł o filozoficzne wywody na temat sztuki, zwłaszcza poezji, zawarte w osiemnastowiecznym traktacie Friedricha von Schillera.

Poczułem się trochę bezpieczniej, bo przecież to z Schillera wziąłem tekst swojej „Ody do radości”, usiadłem na krzesełku trochę swobodniej i specjalnie odegranym dość władczym gestem pozwoliłem Jankesowi kontynuować.

– Schiller nie rozumiał słów „naiwny” i „sentymentalny” w ich dzisiejszym populistycznym znaczeniu. Dla niego poeta, ale także każdy inny artystyczny twórca, ma do wyboru dwie metody opisu rzeczywistości w swoich dziełach.

– Jedni robią to spontanicznie, w naturalny sposób, bez analizowania tego, co opisują, i bez zastanawiania się, jakie procesy myślowe wyzwoli ich twórczość u odbiorców. To artyści naiwni.

– Inni nie napiszą słowa, nie postawią nuty na pięciolinii, nie dotkną pędzlem płótna, nie wezmą dłuta do dłoni bez gruntownych analiz na temat przyczyn i skutków każdego swego ruchu. To twórcy sentymentalni.

– Dodam tylko, że podobnie jak Schiller w XVIII wieku podobnie sprawę ocenił noblista Orhan Pamuk ponad dwieście lat później – wtrącił się Elliot Carter, dość szybko skarcony wzrokiem przez Johna.

– Owszem, to prawda, ale nas najbardziej zaintrygowało to, jak te poglądy przekładają się na muzykę. Pięknej próby odpowiedzi podjął się właśnie John Adams, ale przyznać muszę, że mamy tak odmienne poglądy na jego rozumienie naiwności i sentymentalizmu w muzycznym opisie, że chętnie byśmy go przycisnęli do muru.

– Nie mieliśmy jednak wątpliwości, że właśnie ty, mistrzu, jesteś świetnym przykładem, jak można być jednocześnie twórcą naiwnym i sentymentalnym. Wytłumacz nam to, proszę – tym razem wtręt Cartera również mnie postawił do pionu, dosłownie i w przenośni.

Szybko wstałem, podałem każdemu dłoń, mówiąc:

– Mów do mnie Ludwik, spieszę się, nie mam teraz czasu… – i po prostu uciekłem ze stołówki

Co ja miałem im powiedzieć. Że nigdy nie czytałem tego traktatu Schillera, że nawet nie wiem jakiej narodowości jest Orhan Pamuk, no co?

Skierowałem swoje kroki w stronę DNM-owej biblioteki, a widząc za dyżurnym blatem Pergolesiego, odetchnąłem z ulgą. Ten mnie przynajmniej zrozumie!

– Chciałem wypożyczyć „O poezji naiwnej i sentymentalnej” Friedricha von Schillera oraz „Pisarza naiwnego i sentymentalnego” Orhana Pamuka.

– Niestety, nie ma, obie wypożyczyli Amerykanie. Za tydzień oddadzą. To zresztą dobrze, bo zostawili mi nagranie „Muzyki naiwnej i sentymentalnej” Adamsa i mam trochę czasu, by zrozumieć czy piękna środkowa część zatytułowana „Matka człowiecza” to muzyka naiwna, czy też sentymentalna. Muszę powiedzieć, że nie daję rady…

– Pozwolisz, że się dołączę – zapytałem na tyle udawanym spokojnym głosem, że chyba udało mi się ukryć mocno rosnące zaciekawienie tym sentymentalnie naiwnym Adamsem.

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 429. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: